Libia: Wjeżdżamy w hamadę, hamada wjeżdża w nas

Na szlaku (fot. www.afrykanowaka.pl)
Po tej otwartej przestrzeni hamady, martwej i skalistej, praktycznie nieustannie przetaczają się niczym niezatrzymywane masy powietrza pędzone przez wiatr z zawrotną prędkością. Szaleją sztormy i huragany. Czemu zawsze w kierunku przeciwnym do naszego kursu?
Znowu utknęliśmy. Nie mogliśmy wyjechać z Ghadamesu. A to kierowca, który zapomniał telefonu satelitarnego, przymuszany przez nas, potrzebuje jeszcze dnia, żeby naprawić swoje gapiostwo. A to publiczna telewizja libijska chce jeszcze z rana skręcić z nami materiał. A to starszyzna komendy hufca z Benghazi rozpętuje wieczorem taką imprezę w schronisku młodzieżowym, że nie dosyć, że wyciągają nas z łóżek o godzinie 23.00, to jeszcze przy plemiennych dźwiękach tabli (tamburynów) oraz szalonym pisku zamary (piszczałki libijskiej) zapraszają nas do tańca kaska (radosnego tańca zwycięstwa wojowników) i proszą, żebyśmy ze Zbyszkiem zaprezentowali jakiś tradycyjny polski taniec lub pieśń?! Śpiewamy: „Sto lat” i bawimy się bez kropli alkoholu do 3 nad ranem z dwudziestoma leciwie wyglądającymi marabutami – harcerzami z Benghazi.
W końcu wyruszamy w drogę. Założenie jest takie, żeby spędzić maksymalnie 12 dni na pustyni.
Hamada to tak naprawdę olbrzymi skalny płaskowyż leżący na wysokości 500-600 m n.p.m. Po tej otwartej przestrzeni, martwej i skalistej, praktycznie nieustannie przetaczają się niczym niezatrzymywane masy powietrza pędzone przez wiatr z zawrotną prędkością. Szaleją sztormy i huragany. Czemu zawsze w kierunku przeciwnym do naszego kursu? Pozostanie to pewnie na zawsze zagadką. Cóż, jak mawiają, taka karma. Widoki na hamadzie są tak obce przybyszowi z Europy, że po kilku godzinach przemierzania tego niezmiennego krajobrazu przybyszów zaczyna się cieszyć, że tlen i atmosfera są nadal obecne, bo reszta zmiennych nie wskazuje na obecność jakiejkolwiek formy życia.
Czasem dla odmiany wjeżdżamy w uadi, czyli koryto jakiejś dawno wyschniętej rzeki. Później znów brniemy przez totalne rumowisko żużlowe. Widok nie zmienia się przez kilka godzin wcale. Natomiast powierzchnia, po której jedziemy, jest na tyle twarda, choć wyboista, że poruszamy się naprawdę szybko. Żartujemy, że opisanie tego miejsca w barwny sposób powinno być zadaniem na zaliczenie dla studentów dziennikarstwa. Zbyszek mówi, że wygląda to tak, jak byśmy jechali przez pole uprawne ze skamieniałymi ziemniakami.
Pustynia potrafi zaskakiwać kolorami. Podłoże jest fioletowe, a podnóża i zbocza gór zielonkawe. Czasem podnóża gór są białe i wtedy wydają się być przysypane śniegiem lub obsypane solą, zupełnie jakby jakaś dawna karawana zgubiła tu swój ładunek. Im bardziej zbliżamy się do ramli, czyli miejsca, gdzie jest już tylko piasek, tym ciężej się jedzie. Piasek jest coraz głębszy. Na jednym z biwaków Zbyszek wjechał w tak kopny piach, że rower stał tam sam bez niczyjej pomocy przez całą noc.

Bir Amasin - pierwsza studnia na trasie (fot. www.afrykanowaka.pl)
Martwotę kamienistego krajobrazu urozmaicają nam dwie studnie, które odnajdujemy nie bez problemów nawigacyjnych. Studnie te znaczą szlak pustynnej przeprawy Kazimierza Nowaka i są wymienione w jego relacjach. Na naszych amerykańskich mapach pozycje geograficzne tych miejsc kompletnie się nie zgadzają. Natomiast ustalamy z tubylcami, których z rzadka spotykamy, gdzie dokładnie te studnie się znajdują. Pierwsza to Bir Amasin, położone w małej uroczej kotlince źródło wody z dwoma palmami, studnią i płytkim kamiennym basenem do pojenia wielbłądów. Woda jest tam bardzo czysta i lekko słonawa, czyli lepsza niż w opisach Kazika Nowaka.
Druga studnia, Bir In Azar, to pustynna studnia głębinowa wyposażona w wątpliwej urody trójnogi żuraw służący do wyciągania wody, która spoczywa kilka metrów pod powierzchnią ziemi. Nazwa Bir In Azar wzięła się od imienia legendarnego, nieżyjącego już, najbardziej znanego w tym rejonie Sahary marabuta, który właśnie w tym miejscu zbudował swoją pustelnię, aby zgłębiać wiedzę tajemną o dżinach i absolucie. Zaskakuje nas tylko wygląd i otoczenie tej studni, zupełnie niezgodne z opisami z książki (strona 43, wydanie czwarte). Woda jest zimna i smaczna. Zbyszek wyciąga ze studni parcianym sznurem pełną samochodową dętkę wody, która spełnia funkcję wiadra. Później, żeby nie marnować wody, przelewa zawartość dętki do metalowego koryta, które służy do pojenia wielbłądów.









Explore Apolobamba - ciut niżej niż kondory
Za Horyzont - rowerami do Chin, Kirgistanu i Pakistanu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Z Alaski do Meksyku - Piotr Strzeżysz jedzie rowerem
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Tandem Adventure - wyprawa przez Amerykę Południową na tandemie.
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Paweł i Ośka w podróży poślubnej przez pół świata
Vagabundos.pl, czyli włóczykije w podróży dookoła świata
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi



Dodaj komentarz