Kuchnia Nowej Zelandii. Tītī, pāua i zielone małże



Przyjeżdżając do Nowej Zelandii miałam pewne wyobrażenie na temat jej kuchni na podstawie moich doświadczeń ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Spodziewałam się, że anglosaska kuchnia zdominowała tę maoryską, że gdzie nie pójdziemy, trafimy na fish’n’chips, clam chowder, ociekające tłuszczem burgery i mięsne ciasta, a porcje będą tak duże, że znowu będziemy zamawiać tylko jedno danie główne i jedną przystawkę na nas dwoje.

Owszem, znaleźliśmy wszystkie standardowe angielskie specjały, ale bez nadmiaru tłuszczy i rozsądnej wielkości. Na szczęście Nowa Zelandia ma o wiele więcej do zaoferowania niż spuściznę po kolonizatorach.

Wymarzone śniadanie

Trochę wstyd się przyznać, ale moim pierwszym śniadaniem w kraju kiwi był… kebab. I nawet największy jet lag mojego życia nie jest w stanie zmazać mojej winy. Była to jednak jedyna knajpa w pobliżu naszego hostelu, która była otwarta przez całą noc i serwowała przepyszny barani kebab w bardzo przystępnej cenie. Robiony rękoma Turka, smakował niemal tak dobrze, jak w Istambule.

Wszystkie miasta Nowej Zelandii pełne są przysmaków z całego świata. Najczęściej knajpy i restauracje należą do Azjatów, czasami co druga jest tajska, chińska czy japońska. Mimo takiej różnorodności i mojej gorącej miłości do kuchni Azji, poszliśmy do miejscowej kawiarni.

Na śniadanie bardzo popularne są kanapki, jajecznica, smażona kiełbasa, zapiekanki warzywne, ciasta na słodko oraz… ciasta mięsne. Do wyboru są różne – od takiego z kurczakiem czy baraniną, po takie ze stekiem i nerkami. Zniechęcona na samym starcie zdecydowałam się na słodkie śniadanie, ale Jakub odważnie spróbował ciasta z kurczakiem curry i dipem mango. Wbrew naszym oczekiwaniom ciasto nie było tłuste. Kruche i lekkie, wraz z dipem było więcej niż pyszne.

– Przepyszne to ciasto! Robicie je o wiele lepiej niż Brytyjczycy – zagadaliśmy do kelnera.

Ten uśmiechnął się i odpowiedział: – Ponieważ to jest ciasto (pie), my je wymyśliliśmy. Brytyjczycy wymyślili cornish pasty, które naszemu ciastu nie dorasta do pięt.

Pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami i wróciliśmy do śniadania, do którego obowiązkowo pije się kawę. Wiedzcie, że kawa w Nowej Zelandii jest jedną z najlepszych na świecie. Moim zdaniem, a jeszcze wiele kawowych krajów przede mną, dorównuje jej jedynie kawa w Portugalii. Do kawy Kiwusi podchodzą z czcią i szacunkiem oraz nieskrywaną dumą – wiedzą, że robią to dobrze, a także, że robią to lepiej niż najlepsze kawiarnie w Nowym Jorku. Zatrudniają małych rolników w Tajlandii, aby sadzili i dbali o rośliny, najlepiej bez pestycydów. Za ziarna kawy płacą im dobre pieniądze, dzięki czemu jest to sytuacja win-win. Ziarna palone są dopiero na wyspie.

– Widzicie, cały sekret tkwi w tym, aby trafić w odpowiedni moment: kiedy ziarna nie są ani spalone, ani niedopalone. W tym tkwi sukces naszej kawy. Mamy też jedno z najlepszych mlek na świecie, to także nie jest bez znaczenia – opowiedziała nam teatralnym szeptem właścicielka kawiarni.

O mleku z Nowej Zelandii można powiedzieć wiele. Jest smaczne, czasem ma lekki posmak krowy, ma krótki termin do spożycia i także jest popularnym napojem do śniadania. Nawet Australijczycy przyznają, że jest lepsze niż to u nich. Kiedy w Unii Europejskiej planowano zniesienie kwot mlecznych, nowozelandzka telewizja większość swojej ramówki poświęcała mleku oraz analizom, czy zalew produktów mlecznych z Europy może zaszkodzić rodzimej produkcji. Mleko jest tak ważne, a jego produkcja, podobnie jak produkcja wołowiny, tak lukratywna, że krowy wypierają powoli owce.

Co na obiad?

Oferta obiadowa w Nowej Zelandii jest bardzo szeroka. To właśnie w menu obiadowym można znaleźć dania o maoryskich jeszcze korzeniach.

Pierwszym składnikiem, który rzuca się w oczy, jest mięso. Wybór nie kończy się na wieprzowinie, kurczaku, zyskującej popularność wołowinie i baraninie pod różnymi postaciami. Bardzo ceniona jest dziczyzna, zwłaszcza na wyspie południowej, gdzie prowadzone są hodowle jeleni na cele spożywcze. Dla restauracji masowo odławiane są także zające, których ilość jest zaskakująca – spacerując w okolicach Wanaka potrafiliśmy spłoszyć nawet po dwadzieścia sztuk „szaraków” w przeciągu dziesięciu minut. Za to naszym mięsnym odkryciem Nowej Zelandii jest tītī, mewa wędrowna zwana burzykiem szarym. Choć jej smak jest wyjątkowy, to historia ukryta za pojawieniem się jej na naszym talerzu jest bardzo smutna.

Ponieważ dorosłe osobniki burzyka żyją głównie na wodzie, Maorysi nie byli w stanie ich upolować. Z tego powodu polowali na pisklęta, które jeszcze nie potrafiły latać, a tym samym uciec. Pilnowali kolonii burzyków i czekali na moment, w którym pisklęta były już duże i dobrze odżywione, ale jeszcze nie nauczyły się latać. Upolowane, wkładali do solanki, aby zabić ich rybi smak. Tym samym tītī, wielkości przepiórki, jest bardzo słona, niesamowicie tłusta i ma posmak ryby.

Owoce morza są tu również godne uwagi. Do wyboru są różne rodzaje ryb, w tym whitebait, czyli młode rybki różnych gatunków, które zazwyczaj smaży się w głębokim tłuszczu. Wielbiciele szlagierów znajdą smażoną rybę z frytkami. Ci o wyższych wymaganiach będą mieli do wyboru wiele rodzajów małż, z czego polecam zielone małże (New Zealand green-lipped mussel), występujące jedynie w Nowej Zelandii. Nie jest to jednak mój must-eat, ponieważ ich smak nie różni się zasadniczo od smaku innych małż.

Jeżeli miałabym coś Wam polecić, to koniecznie musicie spróbować morskich ślimaków pāua. Dobrze przyrządzone są obłędne, a ich konsystencja po usmażeniu przypomina konsystencję kasztanów. Można je odławiać samodzielnie, o ile muszle nie mają mniej niż piętnaście centymetrów długości. Jednym ze sposobów przyrządzenia pāua jest wrzucenie muszli w żarzące się węgle. Z ich masy perłowej Maorysi wykonywali swoje ozdoby. Do dziś biżuteria z pāua jest znakiem rozpoznawczym kraju Kiwusów oraz jedną z typowych, turystycznych pamiątek.

Żałuję, że nie spróbowaliśmy tzw. maoryskiego hāngi, czyli tradycyjnego sposobu przyrządzania mięsa z warzywami. Na dnie dołu rozpala się ognisko i wrzuca kamienie. Kiedy kamienie nagrzeją się dostatecznie, wkłada się kosze z jedzeniem i zasypuje wszystko ziemią na kilka godzin. Niestety, nie trafiliśmy na możliwość tak przygotowanego jedzenia poza specjalnymi, płatnymi wycieczkami dla turystów.

Deser i inne małe grzeszki

– Tak, beza z Pavlowej jest zdecydowanie najlepsza, miękka i ciągnąca! – opowiadała nasza nowozelandzka autostopowiczka, której pomogliśmy w ewakuacji ze szlaku Hollyford.

Z przyjemnością wdałam się z nią w dyskusję o pavlowej, ponieważ jej spróbowanie było moim mały marzeniem. Na wszystkich zdjęciach widziałam te warstwy bezy, bitą śmietanę i owoce na czubku tej wspaniałej, cukrowej kreacji. Nie mogłam się doczekać, kiedy wbiję swoje zęby w tę chrupiącą bezę, która będzie w środku lepka i ciągnąca. Tak, jak lubię najbardziej…

Moje rozczarowanie i rozgoryczenie było równie wielkie, jak moja ochota na zjedzenie tego deseru. Co dostałam? Pavlową zrób-to-sam: słodką piankę z białek, która w niczym nie przypominała bezy, a obok bita śmietana i owoce.

– To nie jest pavlowa – rzuciłam w stronę kelnerki.
– Owszem, jest. Taką jadamy w Nowej Zelandii – odpowiedziała spokojnie.
– Jest pani pewna? – spytali mnie sąsiedzi ze stolika obok, którzy przyjechali na wakacje do Nowej Zelandii z Doliny Krzemowej.

Opowiedziałam im wtedy, jak bardzo różniło się to, co widziałam w programach kulinarnych od tego, co zaserwowano nam w tej restauracji. Mimo wszystko dodałam, że choć ta pavlowa nie spełnia moich oczekiwań, to jest bardzo smaczna. Zjadłam całą porcję intensywnie zastanawiając się, o co właściwie Nowozelandczycy i Australijczycy się biją. Niezadowolona z tego, że tak się nacięłam, nie zamówiłam już więcej pavlowej. Może to był błąd? Może któraś sprostałaby moim wyobrażeniom?

5 dowodów na pozytywność mieszkańców Nowej Zelandii

Na moje szczęście w Nowej Zelandii pełno jest ciast, które ukoiły mój ból. Doprawdy, każdy znajdzie coś dla siebie: ciasta czekoladowe z masą miętową, biszkopty z owocami, tarty, torty, co tylko dusza zapragnie. Również w dziale ze słodyczami znajduje się wiele różnych czekolad, których smaki jeszcze nie dotarły do Europy. Prym w nich wiedzie firma Cadbury, mająca swoją fabrykę w Dunedin. Oprócz czekolad, takich jak ta o smaku turkish delight, produkują kultowe drażetki o smaku pomarańczowym z czekoladowym nadzieniem: Jaffa. Co roku, podczas czekoladowego święta tysiące drażetek stacza się najbardziej stromą ulicą świata, ulicą Baldwin, która znajduje się właśnie w Dunedin.

Kiwusi mają bzika również na punkcie pianek marshmallow. Najbardziej znaną ich formą są rybki oblane czekoladą, ale nie brakuje też „kanapek” z marshmallowami (dwa kawałki czekolady z nadzieniem z pianek), koktajli i kawy z nimi, nadzianych czekolad, mega-pianek na ognisko i zapewne jeszcze wielu innych, których nie widziałam stojąc między sklepowymi półkami.

Na sam koniec przygody ze słodyczami dodałabym, że mają do wyboru wiele słodyczy z lukrecji oraz produkują niesamowicie smaczne lody o nazwach, których nie jestem w stanie powtórzyć, a najprostszą z nich jest hokey pokey (waniliowe lody z kawałkami karmelu).

Krótka historia hokey pokey:

 

Nowa Zelandia jest też producentem win, cydru i piwa, z czego to ostatnie lubią najbardziej. Na sklepowych regałach stoi bardzo wiele rodzajów piw, a im bardziej oryginalne, tym droższe. Najdroższe piwa kraftowe potrafią kosztować nawet osiemnaście dolarów za butelkę. Taniej można wyprodukować unikalne piwo samemu, co też Kiwusi chętnie robią.

Wina w Nowej Zelandii także nie należą do tanich – ceny startują od ośmiu dolarów za butelkę. Nowozelandczycy specjalizują się w takich szczepach jak: Pinot Noir, Sauvignon Blanc i Merlot. W smaku były nawet dobre, ale moje ulubione wina pochodzą z innej części świata.

Cydry, do wyboru naturalne lub smakowe, pijałam już lepsze, lecz nowozelandzkie nie były najgorsze.

Na koniec ciekawostka

Kiwusi mają odpowiednik australijskiego vegemite, a nazywa się marmite. Dla tych, którzy nie znają konceptu śpieszę z wytłumaczeniem: jest to pasta powstająca z drożdży jako produkt uboczny ważenia piwa. Jest bogata głównie w witaminy z grupy B, a mieszkańcy Antypodów mają w zwyczaju smarować nią tosty na śniadanie, obiad, kolację, podwieczorek. Jak sami przyznają, nie potrafią bez tego żyć. Bogactwo witamin bardzo mnie przekonało, więc uczyniłam krok zgodny z opisem na opakowaniu produktu i z ochotą wkopałam się łyżeczką w zawartość słoiczka…

Powiadają, że po zjedzeniu czegoś osiem razy, zaczynamy to coś lubić. Wydaje mi się, że choćbym zjadła marmite i osiemset osiemdziesiąt osiem razy, to i tak się do niego nie przekonam…

W Nowej Zelandii, pełnej produktów pure i organic, każdy znajdzie coś dla siebie. Aby zasmakować niektórych specjałów tego kraju, wystarczy zrobić podstawowe zakupy w supermarkecie. Wiele produktów, jak zielone małże, również można tam dostać w bardzo niskich cenach, a przyrządzenie ich w domu nie powinno nastręczać większych trudności. Z tego powodu, nawet jeżeli podróżujecie niskobudżetowo, wiele was nie ominie.


Komentarze: (1)

Olo | STOhistorii 20 maja 2016 o 1:57

Bardzo ciekawy tekst! Znasz jakieś kawiarnie w Auckland godne polecenia?

Jeśli chodzi o kawę, to byliśmy z żoną w szoku jak popularne jest jej picie w NZ. Pracuję obecnie w kawiarni w małym miasteczku Matamata, która jest otwarta od wczesnych godzin porannych do 15. Ostatnio na dzień mamy przez 6 godzin zrobiliśmy prawie 500 kaw – myślałem, że mi łapy odpadną (normalnie robimy ich 250-350 dziennie). Tutaj faktycznie zwraca się mocno uwagę czy kawa jest dobrze przygotowywana, ale trzeba też dodać, że mają (niezrozumiałego dla mnie) świra na punkcie „przegrzanego” mleka o temperaturze 70 – 80 stopni (w PL z reguły to 60-65).

Naszym okiem klasyczne nowozelandzkie śniadania to głównie jajecznica, bekon, fasolka i naleśniki, a w kwestii obiadów faktycznie królują mięsa – mają przepyszną wołowinę. Objeżdżając południową wyspę widzieliśmy dużo zagród z jeleniami, które zakładam, że były hodowane na mięso. Z deserów bardzo nam smakuje ciasto marchewkowe, a inne popularne to też mud pie i brownie.

Najtańsze wina to te z etykietą Clean Skin, ale generalnie te z promocji za 8-10$ są przyzwoite. Wina bardzo lubimy i najpopularniejszy tu Sav przypadł nam mocno do gustu. Odnośnie piw to naszym odkryciem jest Ginger Beer (to alkoholowe), np. Speight’s ginger beer – petarda! Po powrocie do kraju będę wyszukiwać piwa imbirowe:) A cydry są bardzo, BARDZO słodkie.

Pozdrawiam!

Odpowiedz