10 sierpnia 2010

„W pustyni bez puszczy” i… bez sensu

Zastrzeżenia może też budzić tendencyjny dobór cytowanych materiałów źródłowych. I ich sposób wykorzystania.

Z Mahdiego, cytując Mooreheada ‘Nad Nilem Białym i Błękitnym’, robi pan Korybut-Daszkiewicz maniaka seksualnego, a z jego następcy, kalifa Abdullahiego – rozpasanego homoseksualistę – ‘lubował się i popierał wszelkiego rodzaju orgie i zboczenia seksualne, znajdując również zadowolenie  w homoseksualiźmie.’

Tylko, ze Moorehead nie ukrywa, że opiera się tutaj na relacji Slatina Paszy. Wprawdzie korzystał z tej relacji i Sienkiewicz, ale pamiętniki Slatina, to nie jest, delikatnie mówiąc, obiektywne i wiarygodne źródło.

Opinia samego Mooreheada (który przecież pisze z pozycji Brytyjczyka) nt Mahdiego i mahdystów nie jest już, wbrew pozorom, taka jednoznaczna. Moorehead stara sie przytaczac _róźne_ relacje.

Co więcej w przypadku  relacji Slatina, drastyczne opinie opatruje zastrzeżeniem ‘o ile wierzyć Slatinowi’. A na podstawie lektury całej książki ‘Nad Nilem Białym i Błękitnym’ uważny czytelnik może wyrobić sobie jakieś zdanie, w tym zdanie na temat  reputacji/wiarygodności rzeczonego Slatina.

Tymczasem Pan Korybut-Daszkiewicz pisząc o Mahdim przytacza tylko te drastyczne fragmenty, bez podania kontekstu, co jest jawną manipulacją.

Pytanie, czy po prostu nie przeczytał dokładnie książki Mooreheda, czy też przeczytał i manipuluje świadomie? Jedno jest pewne – znów bliżej tu do tzw. brukowego dziennikarstwa niż do ‘encyklopedii’.

A jeśli już o „dewiacjach” mowa – ciekawe dlaczego nasz autor uwziął się na Mahdiego i Abdullahiego, a nie wspomina o homoseksualiźmie Gordona???

Chartum, Sudan

Wielki Meczet przy Souq Arabi w Chartumie. (Fot. Marcin S. Sadurski)

Przy okazji – wydaje mi się, że Korybut-Daszkiewicz pisząc o współczesnym Sudanie i następcach Mahdiego nie odróżnia ruchu religijnego Ansar od partii Umma.

W paszczy lwa, czyli… witajcie w trzecim świecie

Po wielorozdziałowym, obszernym wstępie autor przechodzi do części „reporterskiej” i opisuje wrażenia ze swojego pobytu w Sudanie, gdzie dostaje się samolotem z Kairu.

Tylko, że…

Już przylot do Chartumu rozpoczyna się niezwykle dramatycznie – na lotnisku agresywni żołnierze poganiają białasów lufami kałasznikowów. Za wymianę pieniędzy na ulicy – można zostać aresztowanym, stracić pieniądze i wylądować w więzieniu. Na kolejnych stronach dowiadujemy się (co potem autor kilkukrotnie to podkreśla), że w Sudanie obowiązuje absolutny zakaz fotografowania.

‘Za robienie zdjęć – nawet jeśli będzie to fotografowanie plenerów – grozi tu kara od kilkunastu miesięcy do kilku lat więzienia.’

Autor uzasadniania w ten sposób fakt, że podczas całego pobytu w Sudanie nawet nie odważył wyjąć się aparatu z walizki.

Zresztą niekonsekwentnie, bo nieco później, jakby zapomina o tym zakazie, kiedy opisując podróż pociągiem zauważa ‘cudzoziemców o europejskich rysach, którzy z zapałem fotografują’ co popadnie. Jeden z nich – nawet ‘za pomocą teleobiektywu’.

‘Na północy toczy się wojna z Egiptem ‘ – to też lekka przesada. W ciągu ostatnich 50 lat Egipt i Sudan podejmowały jakieś lokalne działania wojenne – tzw. spór o Halaib, ale utrzymywały normalne stosunki dyplomatyczne.

‘W spojrzeniu czarnych Sudańczyków na białych przybyszów jest coś z wyniosłego – zda się pogardliwego spojrzenia dromadera.’

Wszędzie wrogość i atmosfera terroru jak w stalinowskiej Rosji, czy Niemieckiej Republice Demokratycznej, i to w wersji bondowo-sensacyjnej.

Co do Bonda, to sam autor sugeruje takie skojarzenia, kiedy to rodacy z Budimexu  jako jedną z lokalnych ciekawostek pokazują mu namiot rozbity przy hotelu Hilton. Zdumienie autora wzbudza fakt, ze jest to ‘namiot urzędowy, ponieważ mieści się w nim dzielnicowy posterunek policji’.

‘Powodowany nieprzepartą potrzebą obejrzenia tak egzotycznego urzędu policyjnego’ próbuje zajrzeć do środka, ale zostaje przegoniony przez policjanta, a następnie obsztorcowany przez przestraszonych sytuacją towarzyszy. ‘I tak przeszła mi koło nosa nowa okazja zostania Jamesem Bondem’ – komentuje autor. No cóż. Jaki Korybut taki Bond.

Coraz bardziej przecierałem oczy ze zdumienia, bo przecież dopiero co z tego Sudanu wróciłem i odniosłem wrażenie, że nie spotkałem w życiu bardziej przyjaznego kraju, z bardziej przyjaznymi i gościnnymi ludźmi. I to włączając mundurowych.

I jeszcze jedno – autor opisuje Sudan i Chartum w sposób, jakiego oczekuje czytelnik mający jakieś tam wyobrażenia na temat tzw. krajów trzeciego świata. Być może taka postawa wynika z jakichś polskich kompleksów w rodzaju „myśmy są Europejczycy”.

Przejeżdżając przez Chartum mija dziurawe ulice,  slumsy, obskurne jadłodajnie:

‘Można zamówić zupę z zielska zerwanego nad pobliskim Nilem, jajko na twardo lub kawałek jakiegoś ptaka pochwyconego wieczorem w krzakach nad rzeką. W konsumpcji przeszkadzać może jedynie duszący smród z palących się opon, a jeszcze bardziej, nieznośny, kwaśny fetor fermentującego szamba, które zewsząd się wylewa.’

Całkiem jak w filmach s-f Szulkina przedstawiających świat po kataklizmie.

Korek przy wyjeździe z Omdurmanu na most do Chartumu. (Fot. Marcin S. Sadurski)

A potem całe dwie strony naigrywa się nasz autor ze stanu, w jakim znajduje się sudańska motoryzacja:

‘Park samochodowy również mieści się w regionalnych standardach. Znaczy to, że wraki na niemieckich, francuskich, a nawet polskich złomowiskach – to luksusowe limuzyny w porównaniu z jeżdżącymi tutaj dziwolągami. […]

Z zasady nie mają reflektorów i zderzaków, które niekiedy zastępuje kawal solidnej deski, przywiązanej do przodu karoserii. Nierzadko taka „limuzyna” nie ma błotników i drzwi, a nieraz i pokrywy silnika. […]

Brakujące lub uszkodzone zamki w drzwiach z powodzeniem zastępują sznurki. […] Zdarza się nawet, że pojazd, niczym drezyna kolejowa, porusza się jedynie na jednej lub kilku gołych felgach, gdyż opony i dętki, to tutaj niebotyczny wydatek.

[…]

Kilka słów powiedzieć też trzeba o innych cechach owych aut, często pamiętających lata 50. ubiegłego wieku. O dziwo! Jednak dotąd jakimś cudem jeżdżą. Większość z nich dymi – niczym parowozy, co jednoznacznie wskazuje na stan silników, gaźników oraz reszty. Najgorsze jednak jest to, że sprawne hamulce w samochodach należą tu do rzadkości. Ale i na to znaleziono sposób. Ponieważ bardzo często podłogi w owych pojazdach dawno powypadały, więc bezpośredni kontakt z ziemią wykorzystuje się bardzo praktycznie. Po prostu, szurając nogami, ma się wraz z kierowcą – osobisty udział w zatrzymaniu auta. Nie trzeba dodawać, że ta metoda najlepsze efekty daje w taksówkach, gdzie – na komendę  szofera – w hamowaniu uczestniczą wszyscy pasażerowie.’

Przepraszam za ten nieco przydługi cytat, ale tutaj pan Korybut Daszkiewicz przeszedł samego siebie. To już jest czysty Szulkin, no, może skrzyżowany nieco z Mad-Maxem.

W każdym razie to jest zdecydowanie inny Sudan, niż ten, który ja widziałem.

Samochody widziane przeze mnie na prowincji to głównie Toyoty Hilux i Hiace (pełniące funkcje minibusów), i czasem Landcruisery  (tych rzecz jasna i tak  znacznie więcej niż w Polsce).

Zdarzają się też rzeczywiście stare ciężarówki m-ki Bedford, niektóre z nich poprzerabiane na autobusy, albo pamiętające angielskie czasy landrovery, ale są one w zdecydowanej mniejszości.  Sporo jest za to nowoczesnych ciężarówek uznanych marek, i chińskich, ale też nowoczesnych autobusów (Yutong).

W Chartumie ciężarówek jest oczywiście mniej, niż na prowincji, za to więcej samochodów osobowych. Oprócz toyot popularne są sudańskie hyundaje, montowane tutaj pod nazwą GIAD, ale reprezentowane są i inne azjatyckie marki. Widziałem też salon czeskiej skody.

W każdym razie stan wizualny samochodów nie odbiega znacząco od tego, co obserwujemy w Polsce, i raczej nigdzie nie widziałem samochodów-wraków takich, jakie opisuje pan Korybut-Daszkiewcz.

Zresztą, proszę spojrzeć na kilka moich zdjęć z chartumskich ulic.

Druga część recenzji: „W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

PS. Cytaty w tekście pochodzą ze strony Janusza Tichoniuka (www.yahodeville.com), książki Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza „W pustyni bez puszczy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2009, i Melchiora Wańkowicza „Przez cztery klimaty 1912-1972″ – felieton pt. ‘Czaruś w Grobowcu Szujskich’, PIW 1972 oraz z wikipedii (hasło: Góralki).

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Marcin S. Sadurski

Marcin S. Sadurski

Jego pasją jest outdoor – żagle, nury, góry, narty, rower etc. Czyta wszystko, całkiem jak Joe Turner w filmie "Trzy dni Kondora". Czasem pisze. I podróżuje… najczęściej palcem po mapie.
Podobne artykuły
„W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

„W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

Ciąg dalszy recenzji "W pustyni bez puszczy" Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza. "Wartość poznawcza tego dzieła jest bliska zeru, zastanawiam się czy autor w ogóle był w Sudanie" - pisze Marcin S. Sadurski....
„Taxi. Opowieści z kursów po Kairze”. Egipt przez szybę taksówki

„Taxi. Opowieści z kursów po Kairze”. Egipt przez szybę taksówki

Taxi. Opowieści z kursów po Kairze Chalida Al-Chamisiego to jedna z lepszych książek, jakie wpadły mi ostatnio w ręce. Kilkadziesiąt rozmów autora z kierowcami taksówek, pokazuje prawdziwy Egipt. To obrazek dość daleki od tego z turystycznych folderó...
Ludzie książki piszą…

Ludzie książki piszą…

Wysypało ostatnimi czasy literatury tzw. podróżniczej. A że człowiek Świata ciekawy to i zachciało mu się poczytać, jak ludzie Świat widzą. Nie zawsze wyszło mi to na dobre....
Pojechane podróże według Trzech Żywiołów

Pojechane podróże według Trzech Żywiołów

Każdy ma swój sposób na podróżowanie, swój pomysł na przemierzanie różnych zakątków naszego globu. "Pojechane podróże" pokazują, na jak wiele sposobów można to robić. A i tak nie wyczerpują tematu. Bo ile głów, tyle różnych dziwnych pomysłów....

Komentarze: 1 »

  • ana z maroka

    Oj smutne to wszystko, smutne..

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele