Kambodża: życie na ulicach Phnom Penh

Phnom Penh już od rana ukazuje swoje głośne pełne życia oblicze. Przejście przez ulicę graniczy z cudem. (Fot. Luiza Poreda)
Do Phnom Penh, stolicy Kambodży dotarłam z sąsiedniej Malezji. Ponieważ Kuala Lumpur, jak również inne, mniej znane regiony Malezji rozleniwiają niespodziewanym w Azji uporządkowaniem, przybycie na tereny byłych Indochin wprowadziło mnie w znane już uczucie niepokoju i niespodzianki.
Pierwsze spotkanie z Kambodżą – tuż po wylądowaniu w stolicy, znalazłam się niespodziewanie nad cichym jeziorem Boeng Kak, kilka kroków od gwarnego centrum. Dostać się tu można taksówką, motocyklem, lub opuścić lotnisko i na ulicy spróbować złowić tuk-tuka.
O tym każdy podróżnik marzy: aby po meczącej drodze odnaleźć się na spokojnym zielonym tarasie, z którego roztacza się nostalgiczny widok na liliowe o zmierzchu jezioro i otaczające go budynki, takie jak monumentalny, lśniący złotem meczet.
Wystarczy wsiąść na powożoną przez jednego z małych chłopców łódkę, aby dostrzec zupełnie niespodziewaną, niewidoczną z brzegu, wizję tego miejsca. Wśród soczystej wodnej roślinności, w blaszanych i słomianych chatach, na wielkich palach wbitych w taflę jeziora, mieszkają ludzie. To jest ich dom, który niedługo ma zniknąć. Prywatni inwestorzy walczą z miastem o prawo do wysuszenia jeziora pod budowę nowoczesnych gmaszysk.
Phnom Penh już od rana ukazuje swoje głośne pełne życia oblicze. Przejście przez ulicę graniczy z cudem, pędzące po szerokich ulicach miasta motocykle trąbią hałaśliwie, lecz ich ostatnią myślą jest, aby zahamować na widok niesfornego przechodnia. Motocykle są tu panami jezdni, one mają największe prawa.
W tym całym chaosie dostrzec można jednak uśmiech i spokój na sąsiadujących jezdni chodnikach. Ulice, jeśli nie są, tak jak w okolicach bazaru Psar O Russei w centrum, całkowicie zastawione przez samochody, tętnią ulicznym handlem i stoiskami usługowymi. Tak więc obok starszego mężczyzny o sennym obliczu, zaklejającym rowerowe dętki, zobaczyć można młodzieńca z jego fryzjerskim kramem, uśmiechającego się do swojego oblicza w salonowym lustrze.

W Phnom Pehn prawdziwe życie toczy się na ulicy. (Fot. Luiza Poreda)
Tu życie naprawdę zobaczyć można na ulicy: dzieci z zabawkami, na małych kolorowych rowerkach, bawią się koło mamy, drzemiącej na płóciennym dywanie, tuż za rogiem przemierzanej ciekawskimi krokami alei. Stara handlarka z pełnym bagietek koszem na głowie spotykając klienta, stawia swój kram na środku chodnika, by przez chwilę porozmawiać i sprzedać parę bułek. Ludzie, aby się zdrzemnąć, rozwieszają na drzewach swoje hamaki, lub siadają na krawężnikach, by odpocząć od niemożliwego upału.
Tak musiało być dawno temu w Europie, kiedy jej mieszkańcy mieli jeszcze czas. W tym skromnym, biednym kraju czasu jest pod dostatkiem, ciepłych uśmiechów do podarowania drugiemu człowiekowi – jeszcze więcej. Nawet w Phnom Penh, jedynym wielkim mieście, czas płynie leniwie, nikomu się nie śpieszy, a handlarze książkami, napojami, czy owocami, zawsze znajdą chwilę, by ciekawie zapytać „Skąd jesteś?”.







27 Trip, czyli w dwa miesiące dookoła świata
AFRYKA NOWAKA - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Jedwabnym Szlakiem - rowerowa wyprawa Ani i Robba
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Moje Grand Tour - samotna włóczęga z plecakiem po Ameryce Łacińskiej Kuby Fedorowicza
Filmowa wyprawa do Peru. Cel: dokument o Kolei Transandyjskiej, będącej dziełem Polaka - Ernesta Malinowskiego. 


Nocowałam w guesthousie nad jeziorkiem i absolutnie się zgadzam! Nie ma to jak po całym dniu poznawania miasta usiąść wieczorem z drinkiem w hamaku pod daszkiem po którym pomykają jaszczurki, słuchać muzyki i patrzeć na promienie szybko zachodzącego słońca odbijającego się w jego tafli… Ech, wspomnienia :)
ewka, ty jakaś straszna romantyczka jesteś, nie ma co… ten drink to kopał chociaż? :D
Drogi c.! Tu nie chodziło o kopał tylko o atmosferę i walory smakowe :P
droga ewo. jak nie kopie to ani atmosfera, ani walory smakowe nie pomogą. dla walorów to się można oranżady napić z bąbelkami. czyż nie?
Tak tak, i ja okolice jeziora wspominam bardzo pozytywnie i mam stamtąd wspaniałe wspomnienia. Przyjechałam tam 1 stycznia, kiedy sylwester jeszcze nie do końca się skończył… Imprezowo było. :)