Fiskidagurinn Mikli. Twoje zdrowie rybo!


Marta Olempska


Islandia – bajeczna kraina elfów i trolli. Ale nie tylko. Islandia to też ryby. Przez wiele wieków Islandczycy żyli z tego, co dawał im ocean. Do dzisiaj kraj ten zdominowany jest przez rybołówstwo. Nie dziwi zatem fakt, iż mieszkańcom wyspy ryby są tak bliskie. Dosłownie i w przenośni.

Rok w rok, na początku sierpnia, do nadmorskiego miasteczka Dalvík, zjeżdżają ludzie z najbardziej odległych zakątków Islandii na Fiskidagurinn Mikli (Wielki Dzień Ryby). Jadą, aby spędzić te kilka dni inaczej niż zwykle, razem ze swoimi bliskimi, znajomymi, blisko natury (okolice Dalvíku są bogate w trasy trekkingowe i… grzyby, o które nietrudno się potknąć). Jedziemy i my. Zmieniając całkowicie plan naszej wyprawy postanawiamy spędzić te kilka dni z lokalsami i zobaczyć, jak się bawią podczas święta ryby.

Przygotowania do Fiskidagurinn Mikli trwają od kilku dni. Nie da się nie zauważyć, jak bardzo tym festiwalem żyją mieszkańcy Dalvíku.

Z półtoratysięcznego miasteczka Dalvík robi się iście „islandzką metropolią”. Na samym wjeździe do miasteczka rozdawane jest specjalne wydanie gazety poświęcone festiwalowi. Nietrudno trafić na kemping, jedyny w miasteczku, gdyż dwa dni przed festiwalem ściągają do niego tłumy. Ciężko znaleźć już wolne miejsce pośród niezliczonej ilości kamperów, ale z naszym niewielkim namiotem udaje nam się wcisnąć w lukę między kuchnią a przyczepą typu pop-up, tak bardzo popularną wśród Islandczyków. Dookoła słychać gwar, muzykę, wiek nie gra roli. Na pierwszy rzut oka widać, jak wielkim wydarzeniem jest tu zbliżające się święto.

Zdecydowana większość ludzi na kempingu to Islandczycy. Niewielu turystów wie o festiwalu. Przypadkiem poznajemy jednak Hadara, który tak jak my, zauroczony Islandią wraca tu już kolejny raz.

– Trafiłem tu przypadkiem, jadąc stopem z okolicznym farmerem. Kiedy opowiedział mi, co tu się dzieje, postanowiłem zostać w Dalvíku trochę dłużej. Czas mnie nie ogranicza, a zapowiada się ciekawe wydarzenie – wyjaśnia nam backpacker z Izraela.

Czwartek. Festiwal się jeszcze nie zaczął, a na ulicach domy przystrojone są już rybnymi ozdobami. Jest choinka z wiszącymi śledziami, w ogrodach po trawie „pływają” trocie i łososie, nawet ulice zmieniły swoje nazwy na te kilka dni. Zdaje się, że Islandczyków ogranicza jedynie… wyobraźnia. Przejście dla pieszych w kształcie ryby? Czemu nie!

W centrum miasteczka buduje się scena, gdzie prezydent Islandii oficjalnie zainauguruje festiwal. Z kolei na scenie w porcie odbędzie się koncert finałowy. Po czym poznać, że to głównie festiwal dla lokalsów? Gdzie nie spojrzysz – lopapeysa, czyli typowy islandzki sweter, zrobiony z prawdziwej islandzkiej wełny.

Piątek. Z niecierpliwością czekamy na rozpoczęcie Fiskidagurinn Mikli. To nic, że nie rozumiemy przemowy prezydenta ani tego, o czym śpiewają islandzcy artyści. Ważne jest to, że w powietrzu czuć niezwykle serdeczną atmosferę. Brak tu, jakże często spotykanej dziś, agresji czy rozrób. Część oficjalną kończy Łańcuch Przyjaźni tworzony przez nas wszystkich, a każdy na koniec dostaje na pamiątkę bransoletkę przyjaźni zrobioną przez tutejsze mieszkanki.

Teraz czas na konkurs na najlepszą zupę rybną. Biorą w nim udział mieszkańcy Dalvíku, chętnych nie brakuje. Plan na wieczór? Przechadzka po mieście w poszukiwaniu najlepszej fiskisúpa!

Nietrudno znaleźć miejsca, gdzie serwowana jest zupa. Domy są odpowiednio przystrojone i oznaczone, a z minuty na minutę kolejki przed nimi stają się coraz dłuższe. Na szczęście rozlewanie idzie szybko, islandzka organizacja jest perfekcyjna. Widać, że gospodarze włożyli mnóstwo pracy w przygotowania.

Mimo, że wszędzie kosztujemy tę samą zupę, to każda tak naprawdę smakuje inaczej. Czasem jest to kwestia przyprawy, innym razem rodzaju ryby. Na twarzach ludzi widać radość. Po siódmej degustacji nasze brzuchy zaczynają być pełne, a tak naprawdę to dopiero początek festiwalu.

Sobota to dzień główny święta ryby, obfitujący w wiele różnych atrakcji. Od rana w porcie serwowane są różnego rodzaju potrawy rybne. Jest trzymetrowa pizza z rybą, sałatka z krewetek, jest i fish burger, klopsiki rybne, są pstrągi i dorsze z grilla, surowe mięso z wieloryba, suszone ryby (popularne na Islandii) posmarowane masłem, tradycyjne fish & chips, ale podane dość nietypowo bo… zawinięte w islandzką gazetę. Wszystko możesz popić pyszną kawą, a na deser łapiesz loda. Wszystko za darmo, jesz ile chcesz! Warto dodać, że wszystkie produkty zapewniły lokalne firmy zajmujące się przetwórstwem rybnym.

W tle, ze sceny, dobiega muzyka grana przez lokalnych artystów. W porcie, z minuty na minutę robi się coraz ciaśniej. Smakowanie tych wyśmienitych potraw to nie jedyna atrakcja. Najedzeni idziemy dalej, aby obejrzeć wystawę ryb. W międzyczasie odbywa się pokaz krojenia rekina. Widok nie należy do przyjemnych, mimo to, dookoła stołu gromadzi się mnóstwo dzieci, które ustawiają się w kolejce, aby dostać na pamiątkę ząb rekina. Na koniec zostawiamy sobie zwiedzanie specjalnej jednostki pływającej Þór, czyli ogromnego okrętu patrolowego przycumowanego w porcie.

Polecamy: 5 powodów, dla których warto wrócić na Islandię

Dzień dobiega końca, ale do zakończenia festiwalu jeszcze daleko. Późnym wieczorem idziemy na koncert, który okazuje się być wielkim wydarzeniem kulturalnym. Na scenie w Dalvíku pojawia się cała śmietanka islandzkich artystów. Tańczą i młodzi, i starzy. Koncert wieńczy fantastyczny pokaz sztucznych ogni. Fiord, nad którym latają fajerwerki, wraz z otaczającymi go górami wyglądają spektakularnie.

To był ciekawy weekend, z pewnością niezapomniany dla naszych kubków smakowych. Wielkie Święto Ryby w Dalvik – lokalny festiwal, o którym próżno szukać informacji w przewodnikach, wywarł na nas ogromne wrażenie. Nie żałujemy, że zmieniliśmy plany, aby tam pojechać, bo właśnie takie spontaniczne decyzje czynią nasze podróże niepowtarzalnymi. Zresztą w krainie elfów o to nietrudno. Bo Islandia to osobliwy kraj, jak i jego kultura. Kto był ten wie.

Marta Olempska


Komentarze: 2