Hongkong: W chińskiej paszczy kapitalizmu
Przyszedł czas, by ruszyć w stronę lotniska. Znajomi przylecieli o czasie, lecz musieliśmy czekać na nich dodatkową godzinę, bo odprawa wysiadających z samolotu, mieszczącego 500 osób, musiała trochę potrwać. Zaciągnęliśmy ich do Mirandor Mansion, gdzie na 13. piętrze właściciel zapomniał o naszej prośbie o rezerwacje miejsc. Dziesięć pięter niżej znaleźliśmy wolny 4-osobowy pokój, gdzie ulokowaliśmy chłopaków, a byli to trzej Ślązacy mieszkający w UK – Grześ, Michał i Mati – oraz nasz wspólny filipiński kolega – Gerald.

(Fot. Luiza Poreda)
A to niespodzianka – hostel, do którego się przemieściliśmy, na 3. piętrze Mirandor Mansion, prowadzony jest przez Filipinkę, Gerald mógł sobie pogadać. Razem z moim chłopakiem Krzysiem zostaliśmy zainstalowani w sześcioosobowym pokoju, w którym mieszkały trzy bardzo sympatyczne Filipinki… wkrótce okazuje się, że prostytutki. Umawianie się z klientem np. o 4 nad ranem było przez trzy noce naszą stałą pobudką.
Chłopaki mają więcej szczęścia. Dostają taniutki pokój z balkonem wychodzącym na ruchliwą Nathan Road, skąd pół nocy obserwujemy życie nocne miasta – prostytutki, handlarze narkotyków i kradzionych ubrań i biżuterii. Tak przedstawia się nocne życie pod Mirandor i Chungking Mansjon. Nasze współlokatorki nie są pewnie jedynymi prostytutkami mieszkającymi w tych budynkach.
Chłopakom, żądnym atrakcji turystycznych Hongkongu zaproponowałam przepłyniecie promem Star Ferry na wyspę Hongkong (najtańszy sposób dostania się na drugi brzeg, a dodatkowo bardzo przyjemny) i podróż turystycznym tramwajem po zboczu wzgórza Wiktorii. Duża kolejka do tramwaju nie odstraszyła nas, a podróż była dosyć ekscytująca, ponieważ tramwaj ten jedzie momentami po bardzo stromym, prawie pionowym zboczu. Na samej górze jest raczej nudnawo, ale widok wart jest tej krótkiej podróży, a spacer krętymi ścieżkami w dół zainteresuje każdego miłośnika roślinności tropikalnej. W mojej podróży było to pierwsze zetknięcie z taka roślinnością.
Gerald widząc moje zainteresowanie, wprawnym okiem wyszukiwał ciekawe okazy, nazywał mi je i o nich opowiadał. W końcu z takimi roślinami wychował się, mieszkając w małej wiosce pod Agoo na Filipinach. Nie karzcie mi jednak przypominać sobie tych nazw. Zapamiętałam jedynie taka oto ciekawostkę, że roślina bananowca ma poza owocami inną część jadalną – duży różowy twardy kwiat, który nazywają na Filipinach „hard of banana”.
Kolejny dzień to kolejne atrakcje. Czwórka naszych kolegów zgodnym chórem poparła pomysł wizyty w Ocean Park, gdzie poza oceanarium, pandami i licznym ptactwem kolorowym i egzotycznym, zabawić się można na rollercoasterach i innych sprzyjających zawałom atrakcjach. Krzysiek zrezygnował, ja odważnie pojechałam.
Pandy były słodkie, ale niestety nie na wolności, kolorowe papugi wspaniałe, ale najciekawsza była kolejka, która przewiozła nas z jednej części parku do drugiej (inaczej nie da się tam dostać). Zamknięci w piątkę w szklanej kuli zawieszonej na wysokości kilkudziesięciu metrów, ponad zielonymi wzgórzami, czuliśmy się dość niepewnie, a niektórzy z nas byli nawet wystraszeni. Była to ekscytująca i bardzo malownicza podróż. Potem jeszcze parę wielkich i strasznych rollercoasterów… I tyle.

(fot. Luiza Poreda)
Następnego dnia lecieliśmy wszyscy razem do Manili, gdzie odebrać nas miał brat Geralda i zabrać do jego rodzinnego domu pod Agoo w Północnym Luzonie. W Hong Kongu spędziliśmy w sumie 5 dni.
Jednak nasz pierwszy pobyt w tym miejscu (koniec listopada 2007) miał swoją kontynuację. Podróż zatoczyła koło i w lutym 2008 roku, kończąc azjatycką podróż, z prawdopodobnie jakimś pasożytem w brzuchu, schorowani i na antybiotykach, wróciliśmy do Hongkongu, aby tanimi (niestety, już nieistniejącymi) liniami Oasis Hong Kong polecieć do Europy. Tym razem, ze względu na śnieg, który zasypał całe południowe Chiny oraz okres świąteczny (czyli Chiński Nowy Rok, który trwa cały tydzień), musieliśmy zdecydować się na samolot do Schengen. Po przekroczeniu granicy skierowaliśmy nasze kroki na Tsim Tsa Tsui. Właściwie to mieliśmy plan udać się prosto do jednego ze znanych nam hoteli, ale pod Chungking Mansion zatrzymał nas pewien Indus i krzycząc „Polska Polska” zaoferował nam wyjątkowo tanią dwójkę (cóż, sezon się kończył, więc czas na zniżki), za tyle co w listopadzie dwa łóżka w sali wieloosobowej. Mówił, że to dlatego, ze ma znajomych w Polsce i ma sentyment. Pomysł okazał się trafiony – Chungking okazał się budynkiem trochę czystszym niż Mirandor, na korytarzach nie spotykało się już tych monstrualnych karaluchów rodem z Nagiego Lunchu. Ale pokój jak wszędzie był dość obskurny.
Ze zdziwieniem zauważyliśmy, że w lutym w Hongkongu jest bardzo chłodno. Zdziwiło nas to przede wszystkim dlatego, że koniec listopada był tu upalny. Tak gwałtowne ochłodzenie nie zdarza się tu zazwyczaj i wynikło prawdopodobnie z anomalii pogodowych (ogromne, niespotykane od ponad stu lat w tej części Chin opady śniegu i mrozy), jakie miały miejsce na południu Chin w tym czasie.
Postawiliśmy na sprawdzoną już w kilku miastach świata naszą ulubioną rozrywkę – Muzeum Techniki. Muzeum w wersji HK okazało się być trafionym wyborem – bawiliśmy się tam jak dzieci przez kilka godzin. W jednej z sal był duży wyświetlacz, na którym wyświetlano populację w najbardziej zaludnionych krajach świata. Cyferki zmieniały się co chwila, to rosnąc, to malejąc. Z fascynacją obserwowaliśmy skale szepcząc do siebie „Patrz, ktoś właśnie umarł w Indonezji.. o, a ktoś urodził się w Stanach Zjednoczonych”.
Ostatnie zakupy na Mong Kok, ostatni spacer po deptaku w Kowloonie tuż przy przystani Star Ferry, patrząc na piękny krajobraz wyspy Hongkong… I koniec. Lecimy do domu. Z żalem.








Show me your way - w poszukiwaniu znaczeń szczęścia
Poland Trek - Belg przemierza Polskę od Tatr po Bałtyk
Pamir Bikeway 2012 - Azja Centralna rowerem i koleją
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Tańce wśród piratów - Magda i Marcin tanecznym krokiem szukają skarbu
Pomiędzy Oceanami - Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej
Gap year in Kunming - chińska przerwa w życiorysie
Z tatą na Igrzyska - rowerami do Londynu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Na Własne Oczy - zobaczyć, co świat ma do zaoferowania
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Oblicza Gruzji - niesamowita różnorodność kraju
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika



Hong Kong ma sporo twarzy, sporo kontrastów, sporo światów na małej przestrzeni – wszystkiego bez względu więcej niż w innych chińskich miastach, i na pewno to jedno z ciekawszych i bardziej oryginalnych i wibrujących miast na ziemi – warto zahaczyć.
Jak się tam jest to warto się pokusić o wyskok do nieodległego i dobrze skomunikowanego z HK – Makau. Niby podobne, a inne – portugalskie :) Zaś na wyspie, poza miastem HK warto też śladami Anglików poszukać spokoju i małomiasteczkowości, np. gdzieś w stronę Stanley.
Z polskich opisów dziennikarskich polecam też: http://turystyka.gazeta.pl/dokolaswiata/0,85476.html?tag=hongkong
Ulica na pierwszej focie rzeczywiscie wyglada jak polaczenie nowojorskiego chinatown z time square :)