Gość w dom. Świat przyjeżdża w odwiedziny


Jagoda Pietrzak


Jeśli chcielibyśmy napisać tekst o chwytliwym tytule Rzeczy, dla których podróżujemy to na poczesnym miejscu znalazłyby się spotkania z ludźmi, a zaraz po nich – gościnność. Czytając przez ostatnie kilka lat setki relacji z podróży wydaje nam się, że wspomnienie gościny jakiej zaznał podróżujący pojawia się dużo częściej niż cokolwiek innego. Gdy piszecie o Azji Centralnej i Bliskim Wschodzie możemy iść o zakład, że wspomnicie o gościnności. I herbacie albo wódce. I gdy zapytacie kogoś jak było w podróży, zwykle dość szybko powie Wam jacy byli ludzie, których spotkał.

Niektórzy wybierają samotną podróż właśnie dlatego – by spotkać ludzi. Są i tacy, którzy w tym widzą cały sens podróży – spotkać ludzi. Odbyć podróż w czasie i przestrzeni od obojętnego nieznajomego do przyjaźni, od obcości do zaufania – w przyśpieszonym tempie.

Jesteśmy my i oni. Oni – inni. To do ich kraju przyjeżdżamy. Ten kraj jest ich domem, a my – chcąc czy nie chcąc – ich gośćmi. Wszak wcale nie musieli nas wpuścić. My i oni musimy się jakoś dogadać.

Oni są inni. Ta inność czasem onieśmiela, niepokoi, a zarazem intryguje i przyciąga. W przeciwnym razie zostalibyśmy przecież w domu. Każdy chyba na początku samodzielnych podróży pytał się jak to będzie, jaka jest ta inność, miał trochę pietra. A chwilę później ta inność obejmowała ciepłym gestem, podsuwała herbatę i dzieliła się papierosem albo strzelała sobie z nami selfi komórką. I wówczas nieznane zamiast niebezpieczeństwem, zaczynało pachnieć przygodą.

Polecamy: O uchodźcach. I o strachu

Tak naprawdę to nie my zdobywaliśmy świat, ale to spotkani ludzie otwierali go przed nami, oswajając nas ze światem innym niż nasz dom. Okazywało się, że może i jesteśmy różni, ale łączy nas więcej niż myśleliśmy. My byliśmy ciekawi ich, a oni nas. My pytaliśmy o ich kraj, a oni o nasz. Albo nikt o nic nie pytał, bo na migi było trudno, ale wszyscy doskonale się dogadywali.

I to raczej zawsze wszystkim wychodziło na zdrowie. Dlatego opowieści z podróży pełne są dobrze zakończonych przygód, wspaniałych ludzi, niepowtarzalnych chwil. I wdzięczności. Bo bez ludzi, których spotkaliśmy na drodze nie byłoby przygód, wspomnień, lajków na fejsie, blogów, slajdowisk, festiwali podróżniczych. Ani nawet takiego Peronu, bo dla kilku zdjęć krajobrazów nie miałoby to sensu.

Powiedzieć, że Syria jest gościnnym krajem to banał. Cały Bliski Wschód jest nieziemsko gościnny. W Syrii wiele razy dostawaliśmy zaproszenie na herbatę, obiad, soczyste mandarynki czy nocleg. Ale to nie wszystko. Idąc po chleb – dostajesz lekcję jego wypieku i dodatkowo kilka nadliczbowych placków, a pytając się gdzie chleb można dostać – wsiadasz na motor i jedziesz po ten chleb, po czym zostajesz jeszcze na poczęstunku i obowiązkowej herbacie. Gościnność do kwadratu, za którą należy się odwdzięczać. (Ola Gałęza, Kajtostany.pl)

W podróży nigdy nie jesteśmy sami i kto choć raz wyruszył w drogę na własną rękę o tym wie. Nie znamy jednego podróżującego, któremu w drodze nie zaoferowano bezinteresownej pomocy. Dlatego wraz z przebytymi kilometrami, przybywa nie tylko niezłych historii, ale i często rośnie świadomość tego, że mamy być za co wdzięczni.

Tyle że rzadko mamy okazję się zrewanżować. Czasem uda się zostawić wspólne zdjęcie albo jakiś mały prezent. Ugotować polską potrawę. Wysłać pocztówkę. Jeśli się z kimś naprawdę zaprzyjaźniliśmy, może nawet zaprosimy go do siebie do domu. Ale to nie zdarza się często, bo jakoś tak wychodzi, że wielu naszych gospodarzy nie może wyjechać ze swojego kraju ot tak w wakacyjną podróż. Staramy się więc choć powiedzieć dobre słowo o ich kraju, o spotkanych ludziach. Pamiętać.

Polecamy: Syria. Kraina, o której zapomnieli bogowie

Nigdy nie wiemy jak się życie potoczy, i może stać się tak, że role się odwrócą. To oni przyjadą do naszego kraju – do naszego domu. Tak jak i oni, my też mamy przysłowie o gościnności: Gość w dom, Bóg w dom. Przecież wiemy o co chodzi, jak to jest być w podróży.

Czasem tylko trudno przychodzi zdać sobie sprawę, że w podróży nie bywa się tylko na wakacjach. I nie zawsze ciekawość jest tym co nas pcha do innego kraju. Czasem wyjeżdżamy po prostu za lepszym życiem. Dostatniejszym, łatwiejszym, innym. Albo: wolnym od strachu, bomb, zmagania o codzienny chleb. Albo: dającym szansę na szkołę, pracę, pomoc rodzinie. Czasem ludzie mają właśnie takie marzenia.

I są to tacy sami, a często ci sami ludzie, którzy pokazywali nam świat. Których inność nas intrygowała, którzy otwierali przed nami domy. Albo ich kuzyni, sąsiedzi, koledzy ze szkoły. My – oni. Nic się nie zmieniło, tylko odwróciły się role. Inność, choć czasem niepokoi, onieśmiela, jest tylko granicą w naszych głowach i podróżując nauczyliśmy się ile daje jej oswojenie. Jesteśmy różni, ale więcej nas łączy niż myślimy. I jeśli się ze sobą dogadamy, to wszystkim to wyjdzie na dobrze. Wszak w świecie, w którym przed innym buduje się mur, strasznie trudno się podróżuje…

15 października w Polsce to Dzień Solidarności z Uchodźcami. Dla nas to nic innego jak dzień solidarności z tymi, którzy nas gościli, pomagali, wskazywali drogę i odwzajemniali uśmiech. Nic innego niż przypomnienie, że ludzie, do których kraju chcielibyśmy pojechać, czasem przyjeżdżają do naszego. Bo cała reszta pozostaje bez zmian.

Portrety w tej galerii to zdjęcia ludzi spotkanych podczas podróży. A zarazem ludzi, którzy mieszkali i może wciąż mieszkają, w krajach skąd pochodzą przybywający do Europy uchodźcy. Kilku z wielu.

Szczególne miejsce zajmuje tu Syria – kiedyś kraj uwielbiany przez wszelkiej maści podróżników. Jak napisał o niej w mailu jeden z autorów zdjęć:

Mam nadzieję, że wszyscy na tych zdjęciach, a szczególnie dzieciaki, stali się uchodźcami. (Paweł Stężycki, Tratatataprzezpolswiata.pl)

 

Jagoda Pietrzak


Lubi ciekawe historie i zmieniający się krajobraz. Od pewnego czasu próbuje wrócić z Bliskiego Wschodu. Robi mapy i Peron4.

Komentarze: 2

Ppp 19 października 2016 o 18:15

Dla mnie problem nie tkwi w danym, konkretnym człowieku, lecz w ich liczbie. Jak 500 ludzi stoi na przystanku, to normalne jest, że do pierwszego autobusu wszyscy nie wejdą, choć każdy z osobna ma prawo do niego wsiąść.
To samo z uchodźcami – jak przyjeżdżało kilkanaście tysięcy rocznie, to było to niezauważalne. Jak zrobiło się 1,5 milina rocznie, to powstał problem.
Pozdrawiam.

Odpowiedz

Kasia Nizinkiewicz 20 października 2016 o 22:21

Myślę, że w drugą stronę było dokładnie tak samo. Turyści kilkadziesiąt lat temu i teraz. Chyba już nie uciekniemy przed ilością- po każdej stronie i kiedyś będzie trzeba nauczyć się widzieć człowieka w tłumie. Dla mnie- odludka z tych co wcale nie spotykają ludzi to niewyobrażalny problem, ale wierzę, że go pokonamy, bo jeśli nie, zdarzy się jakieś wielkie zło.

Odpowiedz