G’d day, mate! O życiu i podróżach przez Australię


Karolina Sypniewska


How Ya goin’ mate? – to zdecydowanie pierwsze zdanie usłyszane od lokalesa w Sydney. Każdy tu jest mate, czyli kolegą, starym, ziomkiem. I dla każdego wszystko jest no worries. Nie ma stresu, spoko, luzik.

Australijczycy są bardzo luźno nastawieni do świata i pierwszy kontakt z nimi jest niezwykle przyjacielski i pomocny. Wystarczy stanąć z mapą na ulicy w CBD (Central Business Disrict w Sydney) i zaraz znajdzie się ktoś kto zapyta czy nie potrzebujemy pomocy – oczywiście dodając wielki uśmiech.

Kraj jest bardzo przyjaźnie nastawiony do mieszkańców. Jak każdy inny ma swoje plusy i minusy, ale jedno jest pewne – od lat uzyskuje TOP miejsca w plebiscytach o najlepsze miejsce do życia na świecie. Skąd ten magnes i pozytywne nastawienie? Kangurolandia ma to coś co ciężko do końca opisać, bo to coś nie jest namacalne. To się po prostu czuje i wie, że jest to jedyny w swoim rodzaju kraj, w którym można łatwo i przyjemnie żyć.

Do Australii przyjechałam po raz pierwszy w 2002 roku. Jeszcze wtedy jako nastolatka podróż z rodzicami na drugi koniec świata wydawała się po prostu WOW. Nie była to moja pierwsza zagraniczna podróż, a więc długi lot samolotem był mi już dobrze znany. Odwiedziliśmy wtedy tylko Sydney i Góry Błękitne ale te miejsca zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie, że w duchu wiedziałam, że kiedyś tu wrócę…

Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę tu mieszkać powiedziałabym, że oszalał. Nigdy nie spodziewałabym się, że po jakimś czasie zamieszkam tu najpierw jako studentka, a potem razem z mężem i córeczką będę prowadzić normalny aussie lifestyle. Po tej pierwszej podróży do Australii wróciłam tu jeszcze kilka razy w roli pilota wycieczek zagranicznych kiedy to mogłam oprowadzać grupy po kraju, który uwielbiam.

No worries, mate!

Zawsze uważałam, że Australia jest idealnym krajem do życia. Kiedy po różnych prelekcjach podróżniczych pytano mnie, gdzie na świecie mogłabym mieszkać, oczywiście oprócz Polski, na miejscu drugim, była i będzie zawsze Australia. Ok. Nie ma krajów i rządów idealnych, ale zdecydowanie jest to miejsce, w którym można fajnie ułożyć sobie życie – oczywiście jeżeli jest się ambitnym, pracowitym i robi rzeczy z głową.

Ale Australia jest taaaaaka wielka. Gdzie zamieszkać? To fakt, tu odległości nabierają zupełnie innego znaczenia. Sam lot z Sydney do Perth, czyli z wschodniego wybrzeża na zachodnie, zajmuje ok. pięciu godzin, a do pokonania lądem jest ok. czterech tysięcy kilometrów w linii prostej, której jak wiecie nie da się tak przejechać.

Podczas jednej z podróży przez Australię, właśnie jadąc z Perth do Sydney, pokonaliśmy z mężem Pawłem w sumie prawie siedem tysięcy kilometrów trzymając się południowej linii brzegowej. Na mapie odległość między Brisbane a Melbourne też nie wydaje się wielka, a lot zajmuje dobre trzy godziny. Sami Australijczycy potrafią przejechać sto kilometrów tylko na przysłowiową filiżankę kawy ze znajomymi. No worries – mówią.

Aby nie zapomnieć, gdzie się jest, często na turystycznych szlakach widnieją znaki: pamiętaj w Australii jeździ się po lewej stronie.

Jak zwiedzić Australię i nie zbankrutować?

Każda część Australii ma wiele do zaoferowania, a do odwiedzin mamy sześć stanów i dwa terytoria – federalne i stołeczne. Największym stanem i najmniej zaludnionym jest Zachodnia Australia, która słynie ze złota, rajskich plaż, najlepszego surfingu, najwyższych drzew, największej ilości wielorybów i najsmaczniejszych ostryg. Tak przynajmniej zarzekają się mieszkańcy.

Stolicą stanu jest Perth – i jako największe miasto, ma najwięcej do zaoferowania. Czym dalej od Perth tym spokojniej wręcz bezludnie, a widok dzikich kangurów staje się wszechobecny. Na drogach spotyka się również tzw. road trains (z ang. drogowe pociągi). To tak naprawdę kilka złączonych ciężarówek, które mogą mierzyć nawet pięćdziesiąt metrów długości, a ich waga osiąga do dwustu ton. Jest to idealny rodzaj transportu długodystansowego szczególnie w Australii, gdzie na nizinnym obszarze Nullarbor Plain jedzie się najdłuższą prostą drogą w Australii. Ma prawie sto pięćdziesiąt kilometrów bez ani jednego zakrętu. Autopilot, czy cegła na pedale gazu – dozwolone.

Sydney jest cool!

Najbardziej popularnym miejscem przy pierwszych odwiedzinach Australii jest oczywiście Sydney – stolica stanu Nowa Południowa Walia (NSW). Perełka kraju z najcudowniejszym portem i najbardziej malowniczymi budowlami – Opery czy Mostu Harbour nazywanego przez lokalesów Wieszakiem. No i te plaże… W zasięgu transportu publicznego – Bondi, Coogee, Bronte czy Palm Beach na północy…

Wielka mieszanka kulturowa i duża ilość Azjatów zamieszkujących Sydney sprawia, że można się tu czasem poczuć jak w dużym azjatyckim mieście. Aczkolwiek znajdziecie tu każdą, dosłownie każdą, narodowość. Od Greków po Nepalczyków, czy mieszkańców Karaibów. Trafia tu większość przyjezdnych gdyż Sydney jako sześciomilionowa metropolia ma najwięcej do zaoferowania. Szybko znajduje się tu prace czy zakwaterowanie, a na atrakcje nie można nigdy narzekać.

Malownicze miasto Sydney – galeria zdjęć

Tu się ciągle coś dzieje. Niedawno obchody Chińskiego Nowego Roku z paradami i podświetlonymi wielkimi chińskimi znakami zodiaku – pod Queen Victoria Building stanął kilkumetrowy tygrys, pod Operą trzy małpy, a przy moście Harbour – zionący ogniem smok. Miesiąc luty to miesiąc miłości więc po słynnym Darling Harbour można było popływać miłosnymi gondolami z serduszkami albo zrobić sobie zdjęcie z wielkimi podświetlonymi sercami. Na nudę nie można narzekać, bardziej chyba pragnie się czasem spokoju. Dlatego do CBD jedziemy do szkoły angielskiego czy do pracy, a mieszkamy w sypialniach Sydney, czyli dzielnicach położonych poza centrum. Tu życie płynie inaczej, normalnie, jak w każdym mieście.

Jedno co bardzo lubię w Australii to bezpieczeństwo. Samotny spacer w nocy przez centrum, jogging przed wschodem słońca czy spacer po plaży. Tu można czuć się bezpiecznie. W 2009 roku kiedy studiowałam i mieszkałam na Słonecznym Wybrzeżu w stanie Queensland zaskoczyło mnie jeszcze coś innego. Ludzie nie zamykali drzwi do domu i często idąc się kąpać do oceanu na ręcznikach zostawiali portfele, telefony, klucze. I to właśnie ten spokój ducha sobie tu cenię. Oczywiście zmienia się to niestety z roku na rok, ale wciąż w tym dwudziestoczteromilionowym kraju jest spokojnie.

Oko w oko z naturą

Z drugiej strony niejeden twierdzi, że w Australii prawie wszystko chce nas zabić – rekiny w oceanie, wszechobecne włochate pająki i najbardziej jadowite na świecie brązowe węże. Ale czy tak jest naprawdę? Przyznaję się po ulewnych deszczach widziałam w basenie pływającego funnel weba, czyli jadowitego pająka, po ukąszeniu którego należy szybko otrzymać antidotum. Nieobcy jest mi też brązowy wąż, który był na terenie uczelni, na której studiowałam. Przez głośnik ostrzegano studentów, że w rogu budynku K, leży sobie zwinięty wąż i aby do niego nie podchodzić.

Zagrożeniem dla człowieka w Australii bywają jadowite węże (ze stu czterdziestu zamieszkujących kontynent gatunków dwanaście zabija) ale nie należy być zbyt bojaźliwym, gdyż statystycznie od ugryzienia węża zginęło w przeciągu ostatnich czterdziestu pięciu lat ok. pięćdziesięciu osób… Najlepiej wyjść z założenia – no worries. I jak mówią Aussies, do każdych warunków można się przyzwyczaić.

Na pewno będąc w Australii zobaczycie kangury, ale nie w centrum Sydney (chyba, że w Wild Life Sydney Zoo w Darling Harbour). Koale na drzewach też nie łatwo zobaczyć ale są takie miejsca, gdzie żyją one swobodnie na wolności.

Australia to kraj, gdzie poziom adrenaliny we krwi może drastycznie wzrosnąć. Różnorodność zwierząt jest tak duża, że niezależnie w jakiej części kraju będziemy zawsze będzie sezon “na coś” lub na “kogoś”. Na wschodzie kraju od początku czerwca do początku listopada można obserwować długopłetwowce – humback whales – gatunek walenia osiągający do siedemnastu metrów długości i czterdziestu pięciu ton wagi. Komu brak odwagi na zanurzenie może wskoczyć na kajak w znanej miejscowości wypoczynkowej Byron Bay i stamtąd podziwiać te wyjątkowe olbrzymy.

Vanem przez Australię – reportaż z podróży

Innym razem podróżując po przylądku Eyre w Południowej Australii można spróbować zabawy z dzikimi lwami morskimi i delfinami. W rybackiej wiosce Baird Bay wyrusza się najpierw do ujścia zatoki i tam oczekuje delfinów. Przed wejściem do wody nasz przewodnik założył na kostkę tzw. shark shield, czyli ochronę przed rekinami. No tak, nigdy nic nie wiadomo, aczkolwiek turyści dla ochrony mieli tylko owego przewodnika. Delfiny podpłynęły na wyciągnięcie ręki i spędziły z nami około dwóch magicznych minut.

Ale to nie koniec atrakcji. Podpłynęliśmy do drugiej zatoki, a tam stado lwów morskich na plaży. Kiedy tylko w wskoczyliśmy do wody natychmiast pojawiły się ciekawskie młode stworzenia, które nie dały nam wyjść dopóki przestaliśmy z zimna czuć stopy i dłonie, a zgrzytanie zębów przeszkadzało nam w mowie. O lwach morskich mówi się, że są jak podwodne szczeniaki. Gdyby nie zimno, zabaw w wodzie nie byłoby końca.

Kto jednak chciałby spotkać się oko w oko z żarłaczem białym – najniebezpieczniejszym gatunkiem rekina – może wyruszyć na nurkowanie w klatkach z Port Lincoln. Kangurolandia to jeden z niewielu krajów na świecie, gdzie jest dozwolone nurkowanie w klatkach z rekinami i tylko trzy firmy posiadają stosowne pozwolenie. Jedna przyciąga rekiny krwistym mięsem, a inna dźwiękami muzyki puszczanej z podwodnych głośników. Ale tak naprawdę rekiny przyciągane są przez ich największy przysmak – futrzane foki. Wszystkie rekiny w tym regionie są tymczasowymi łowcami, a każda grupa rekinów przypływa jednorazowo w poszukiwaniu jedzenia. Śmiałkowie wchodzą do klatek i wypatrują rekiny. Często pojawiają się okazy do pięciu metrów długości.

Nauka i praca w Australii?

Ludzie z całego świata przybywają do Australii nie tylko jako turyści, ale również jako studenci. Nauka na kursach językowych czy uczelniach wyższych daje wiele możliwości dla rozwinięcia skrzydeł za granicą. Bycie studentem w Australii oznacza również możliwość legalnej pracy dwadzieścia godzin w tygodniu, do tego w okresie wakacyjnym na tzw. pełen wymiar godzin.

Międzynarodowe towarzystwo, niezbędne praktyki w firmach i doświadczenie cenione na całym świecie – to główne atuty studiowania na Antypodach. Wiele ze studentów decyduje się na dłuższą emigracje w czym zazwyczaj pomagają im długoletnio działające na rynkach agencje edukacyjne. Australia chętnie otwiera swe drzwi przed wszystkimi, którzy mają jej coś do zaoferowania – osoby wykształcone i posiadające profesjonalne doświadczenie zawodowe w wyuczonym zawodzie stanowią corocznie największą grupę imigrantów.

Ciekawostką studenckiego życia w Australii jest możliwość umeblowania sobie mieszkania z rzeczy pozostawionych na ulicy przez lokalnych mieszkańców. Australijczycy przed wyrzuceniem mebli wystawiają je przed swój dom i tak każdy zainteresowany może zabrać to co mu potrzeba. Szczególnie kiedy jest się studentem warto o tym pamiętać. Nawet w moim początkowo pustym drewnianym domku nad oceanem po tzw. ulicznych łowach znalazła się skórzana kanapa, prawie nowa pralka, łóżko, stół i lodówka. Wszystko za darmo! Warto poczytać również ogłoszenia wywieszone w szkołach czy supermarketach w poszukiwaniu nie tylko mebli, ale i pracy.

PS.

Dla tych, którzy o Australii chcieliby dowiedzieć się więcej zapraszam na VI DNI AUSTRALII Albion House, które odbędą się w kwietniu 2016 roku. Jest to jedyny w Polsce festiwal, na którym macie możliwość nie tylko poznania podróżników, autorów książek o Australii ale również uczestniczenia w warsztatach pokazujących możliwości wyjazdowe do Australii, warsztatach gry na didgeridoo i wiele więcej. Festiwal odbywa się przy wsparciu Ambasady Australii oraz English Australia. Głównym organizatorem jest firma Albion House. Więcej szczegółów już niedługo na stronie dniaustralii.com.

Karolina Sypniewska


Bydgoszczanka mieszkająca z rodziną w Australii. Razem z mężem prowadzą firmę Albion House - edukacja za granicą. Odwiedziła ponad 70 krajów wyznając zasadę "kto się waha, traci wiele". Jako pierwsza Europejka zamieszkała na małej wyspie w Papui Nowej Gwinei oraz wspięła się na Everest Base Camp w jeansach i adidasach. Szalone podróże, fotografia, poznawanie innych kultur, języki obce, a obecnie bycie full-time mamą, to jej największe pasje.

Komentarze: 4

Mirka 23 marca 2016 o 14:39

Karolinka jesteś wspaniała !!! <3 :*

Odpowiedz

Kocu 23 marca 2016 o 17:22

podziwiam :)

Odpowiedz

Marian 24 marca 2016 o 15:29

Sukcesów, Karola dla Ciebie, córci i męża…pamiętaj

Odpowiedz

Wiola Starczewska 29 marca 2016 o 10:34

Och, super tekst!. Rzeczywiście, miała okazję poznać jednego Australijczyka na Couchsurfingu, byłam pod wrażeniem jego bezpośredniości, łatwości w nawiązywaniu kontaktów i bezproblemowości. Od razu zechciałam być taka jak on:)

Odpowiedz