Katastrofa atomowa ciągle trwa


Kasia Boni


Po tygodniu nieustannego wspinania się pod górę późną nocą wjechaliśmy do prefektury Fukushima. W ciągu kilkunastu minut zjechaliśmy do poziomu morza w dół doliny z widokiem na rozświetlone miasto Fukushima.

Nazwa Fukushima wymaga wyjaśnienia. Na Zachodzie od razu myślimy o elektrowni atomowej, która wybuchła po tym jak uszkodziło ją trzęsienie ziemi i tsunami. Ale Fukushima to jedna z największych prefektur Japonii. Elektrownia Fukushima Daiichi stoi na wybrzeżu dokładnie w połowie drogi przez prefekturę. Fukushima to również nazwa stolicy regionu. A słowo Fukushima pisane specjalnym japońskim alfabetem (katakana), którego używa się do zapisu obcych słów albo do wyróżnienia słowa w zdaniu, oznacza wydarzenia z marca 2011 roku.

Tokyo2Tokoku w Fukushimie

Uczestnicy sztafety Tokyo2Tohoku. (Fot. Katarzyna Boni)

Noc spędziliśmy w hotelu z miniaturowymi figurkami poustawianymi na każdej dostępnej powierzchni. Nad ranem spotkaliśmy właścicielkę, która powtórzyła nam historię opowiadaną przez miejscowych kierowców autobusów. Na drogę wzdłuż wybrzeża nocą wychodzi grupka dzieci. Machają na autobus, żeby się zatrzymał. Kierowca staje, otwiera drzwi, dzieci wchodzą do środka, pasażerowie robią im miejsce. Współczują zmarzniętym i zmoczonym deszczem chłopcom. Kiedy autobus rusza, dzieci znikają.

Mieszkańcy miasta Fukushima opowiadają o trzęsieniu ziemi, o tsunami i o duchach. Ale o promieniowaniu nie chcą rozmawiać. Teraz jest bezpiecznie. Jedzenie jest sprawdzane, woda jest sprawdzana, ziemia jest sprawdzana. Wiadomo, gdzie można żyć, a na które tereny nie wolno wchodzić.

Od wyjazdu z Tokio codziennie mierzymy poziom promieniowania dzięki licznikowi Geigera pożyczonemu nam przez Safe Cast. Do momentu wjazdu do Fukushimy statystki pokazywały ciemnozielony kolor. W północnej części prefektury Fukushima, przez którą przejeżdżaliśmy, zaczął pojawiać się jaśniejszy zielony. To nadal bezpieczne tereny. Z map przygotowanych przez Safe Cast wynika, że dopiero przy wybrzeżu promieniowanie podnosi się do niebezpiecznego dla życia poziomu. Te tereny ominęliśmy szerokim łukiem.

Pojechaliśmy drogą na północ. Miasto Fukushima otoczone jest górami, na których szczytach leży śnieg. Mijaliśmy sady drzewek brzoskwiniowych, z których słynie prefektura i srebrzyste rzeki, których brzegi porastają rdzawe krzaki. Co jakiś czas na poboczu widzieliśmy ustawione w równych rzędach czarne worki. W środku jest ziemia, którą zebrano z napromieniowanych terenów – tych, nad którymi przeszła radioaktywna chmura z elektrowni Fukushima. Rządowy program oczyszczania polega na umyciu ścian domów wodą, wyszorowaniu dachówek szczotką, zebraniu pięciocentymetrowej warstwy ziemi i zamknięciu jej w szczelnych workach. Tyle, że gdzieś te worki trzeba trzymać. Żadna prefektura nie chce ich przyjąć.

– Dyskusje trwają już cztery lata – opowiada Kouta, producent muzyczny, który jedzie z nami i ciągnie wózek z bagażami. – Rząd planuje zakopać worki tysiąc metrów pod ziemią. Mówią, że to bezpieczne. Ale kto chciałby żyć na radioaktywnych odpadach?

Mniej więcej dwa tygodnie temu świat obiegła wiadomość, że w elektrowni Fukushima Daiichi zarejestrowano siedemdziesiąt razy wyższe niż do tej pory stężenie radioaktywnych elementów w rurach odprowadzających wody gruntowe i deszczówkę. Przeprowadzano inspekcję, nie wykryto żadnych nowych źródeł promieniowania. Świat się uspokoił.

A prawda jest taka, że od czterech lat TEPCO – właściciel elektrowni – nie wie, jak poradzić sobie z uszkodzonymi reaktorami. Fukushima Daiichi cały czas „cieknie”. Nikt nie wie, co się dzieje w pomieszczeniu ze stopionymi reaktorami. W środku jest zbyt gorąco – nawet dla robotów. Ostatnio TEPCO postanowiło prześwietlić ściany promieniami kosmicznymi. Cały czas czekają na wyniki. Do chłodzenia reaktora używana jest morska woda, która staje się radioaktywna. Przetrzymuje się ją w wielkich beczkach. Pojawia się ten sam problem co z napromieniowaną ziemią. Nie wiadomo, gdzie te beczki trzymać a nikt nie chce ich składować u siebie. Problemem są również wody gruntowe, które zostają skażone przez reaktor. Jednym z pomysłów TEPCO było stworzenie w ziemi wokół reaktora ściany z lodu, która zapobiegłaby przedostawaniu się wód gruntowych do środka. O pomyśle pisały gazety, TEPCO chwaliło się nim w newsletterach. Ale od pół roku w sprawie ściany z lodu TEPCO milczy.

Pięć dni temu dostałam newsletter od TEPCO, w którym energetyczny monopolista ogłasza, że od teraz będzie publikować wszystkie dane na temat skażenia ziemi wokół elektrowni – niezależnie od jego poziomu i tego, czy da się je w pełni wytłumaczyć. Takie zachowanie wydaje się dość oczywiste, ale przecież od katastrofy minęły cztery lata. Wcześniej TEPCO trzymało wszystkie dane dla siebie.

Nie dziwne, że ludzie tracą zaufanie. Im bliżej zamkniętej strefy tym rzadziej wypuszczają dzieci na zewnątrz – pomimo zapewnień o bezpieczeństwie. Szkoły budują place zabaw wewnątrz budynków, dzieci nie mogą skakać przez kałuże ani lepić zamków z piasku. W dokumencie A2-B-C Ian Ash pokazuje matki z prefektury Fukushima, u których dzieci wykryto na tarczycy guzki. Rząd bagatelizuje sprawę twierdząc, że nie można udowodnić bezpośredniego wpływu wybuchu w elektrowni z chorobami. Być może guzki wykrywa się dzięki znacznie bardziej skrupulatnym kontrolom niż cztery lata temu. Ale mieszkańcy prefektury czują się oszukani i zostawieni sami sobie. Podczas moich poprzednich pobytów w Japonii spotkałam ludzi, którzy przenieśli się z prefektury Fukushima daleko w góry do Nagano, gdzie powietrze jest czyste. Otwierają tam szkoły z internatami dla dzieci z Fukushimy. Powtarzają, że promieniowanie jest niewidoczne, niewyczuwalne. Że łatwo o nim zapomnieć.

Tuż po katastrofie rząd wyłączył wszystkie elektrownie atomowe w kraju. Teraz chce je włączyć z powrotem mimo sprzeciwu Japończyków.

Rząd twierdzi, że Japonia nie da rady bez energii atomowej – mówi Dean, który biegnie razem z nami z Tokio do Onagawy. – Ale przecież od czterech lat, Japończycy żyją bez atomu. Energia atomowa zaspokajała trzydzieści procent całego energetycznego zapotrzebowania Japonii. Pytanie nie powinno brzmieć: czy włączać elektrownie tylko jak nadal zużywać o trzydzieści procent mniej energii? Tuż po katastrofie ludzie oszczędzali energię – wyłączali światło, zmniejszali klimatyzację. Miasta wygaszały neony. To wystarczyło. A teraz zamiast starać stać się liderem odnawialnej energii, Japonia mówi, że jednym wyjściem jest atom.

Kouta nie kryje zdenerwowania: – Jak można mówić o otwieraniu elektrowni skoro nie poradzono sobie z tym co dzieje się w Fukushimie? Japonia zawsze robi dobrą minę do złej gry. Trzy dni po wybuchu elektrowni w Rosji i Korei zarządzono, że dzieci mają zostać w domach – nie wiedziano jaki zasięg będzie mieć katastrofa. A japońskie dzieci musiały iść do szkoły.

Moi Japońscy przyjaciele dodają, że naturalna katastrofa taka, jak tsunami pozostawia ogromne zniszczenie, ale ma swój początek i koniec. Można przejść okres żałoby i zacząć układać swoje życie na nowo. Katastrofa atomowa ciągle trwa – i nikt do końca nie wie, kiedy się zakończy. Promieniowanie niszczy nie tylko geny. Niszczy więzi między ludźmi.

Kasia Boni


Z wyjazdów przywozi smaki i notesy pełne przepisów. A potem próbuje te smaki odtworzyć, żeby choć na chwilę wrócić do wspaniałej Azji (i nie tylko tam). Pisze o tym na blogu Smak Podróży

Komentarze: 3

Jagoda 20 marca 2015 o 19:52

Niewyobrażalna tragedia. Strach i nieufność do zapewnień władz pozostanie już na zawsze.

Odpowiedz

bart 23 marca 2015 o 15:09

coś więcej o tym?
„…W miasteczku Namie, w środku zamkniętej strefy, buduje się spalarnie, w której w ciągu dwóch lat spali się radioaktywne śmieci (sprzęty domowe, drzwi, framugi okien, ubrania – wszystko to, co zostało pozostawione podczas ewakuacji)…”
Czy, to spalanie jest bezpieczne, czy wszystko wydostaje się do atmosfery?
Jeśli wydostaje się do atmosfery, to czemu inne Państwa z dużą powierzchnią kraju nie pomogą im (a może pomagają?) – bo jak wiadomo albo nie wiadomo – na razie zakopywanie odpadów w specjalnie przygotowanych niszach izolowanych jest jedną z lepszych metod utylizacji, a właściwie tylko zabezpieczenia odpadów radioaktywnych.

Odpowiedz

Kasia 23 marca 2015 o 15:14

W teorii na kominach są zamontowane filtry. Ale ludzie protestują przeciwko spalarniom właśnie dlatego, że boją się ponownego uwolnienia promieniowania do atmosfery.Podobno zostaną spalone te śmieci, które mają mniej niż 8000 Bq na kg.

O spalarniach niewiele się w Japonii mówi i też niewiele na ich temat wiadomo.Żadna jeszcze nie zaczęła funkcjonować. Buduje ich się 19, wszystkie są tymczasowe. Zostaną rozebrane po dwóch latach.

Radioaktywnych śmieci nie chcą wywozić poza obręb strefy ewakuacji. Jak miałby zostać przewiezione do innych państw do spalenia? I czemu inne państwa miałyby spalać u siebie radioaktywne śmieci z Japonii? Na pewno nie robiłyby tego bezinteresownie.
Jeśli chodzi o składowanie materiałów radioaktywnych (tych, których nie da się spalić) to w Japonii też planuje się zakopać je pod ziemią, na razie tylko nie wiadomo gdzie. Więc są przetrzymywane w workach przy drodze i w miejscach tymczasowych.

Wszyscy mówią tu o dekontaminacji, ale to sugeruje, że promieniowanie da się usunąć. A promieniowanie można tylko spróbować zamknąć w worki i przenieść, gdzie indziej.

Odpowiedz