Flip Winiewicz: Goodbye Chiny, hello Chiny!


Emilia Wojciechowska


Flip Winiewicz na motocyklu wyruszył właśnie w podróż po Chinach. W podróż, która ma być jednocześnie pożegnaniem z krajem, w którym mieszkał przez ostatnie kilkanaście miesięcy. Trasa Chińskiego zwiadu wynosi 21000 kilometrów i ma zająć około trzech miesięcy. Złapaliśmy Filipa dosłownie w ostatniej chwili przed wyjazdem, aby zadać mu kilka pytań i życzyć szerokiej drogi.

– Trasa Twojej podróży po Chinach zawiera w sobie mieszankę miejsc, które warto zobaczyć, tych które polecili znajomi i  przypadkowo wyszperanych. Opowiesz o niej coś więcej?

– Wydaje mi się, że Chiny pozostają wciąż nieodkryte, przynajmniej przez ludzi, którzy przyjeżdżają tu na wakacje. Do lokalnych informacji dotrzeć trudno, bo wydawane są po chińsku, a obcokrajowiec ma do dyspozycji tylko zagraniczne przewodniki. Wśród samych zaś Chińczyków modne się teraz zrobiło jeżdżenie wielkimi terenówkami po pustyni, motocyklami po najdalszych zakątkach kraju, ale też rowerami, przez góry na takim już półprofesjonalnym poziomie. Myślę, że oni wiedzą o wielu atrakcjach wartych zobaczenia, do których nam ciężko by było dotrzeć.

Jeździłem trochę w okolicach Pekinu samochodem i na motocyklu i wielokrotnie udawało mi się przypadkiem trafić w niesamowite miejsca: opuszczone wsie, cmentarze, kopalnie. Gdy w Polsce stoi brązowy znak przy drodze, informujący o atrakcji turystycznej, najczęściej możemy trafić na stary kościół czy pałac. A Chiny mają ofertę porównywalną chyba tylko do Stanów Zjednoczonych. Zjeżdżając z drogi za takim znakiem możemy trafić na wielkie górskie jezioro, kilkusetletnią wioskę lub wodospad. Przewodniki najczęściej wspominają o miejscach najłatwiej dostępnych, ja bym natomiast chciał dotrzeć do tych mniej dostępnych.

– Czy na któreś z miejsc wyjątkowo się cieszysz?

– Trasę dzielę na dwie części – północny Zachód i południowy Wschód Chin. Pierwszy etap to stepy i pustynie, drugi to morze i tropiki. Najbardziej cieszy mnie ta pustynna część. Byłem w zeszłym roku na północ od Pekinu w miejscu, gdzie możesz się zatrzymać, rozejrzeć i po horyzont nie zobaczysz nikogo, żadnego domu. Po pobycie w zatłoczonym Pekinie to bardzo przyjemne uczucie.

– Czy możesz przedstawić „sylwetkę” swojego jedynego kompana w podróży, czyli motocykla?

– Muszę przyznać, że jest on mało imponujący. Nie wiem jak zniesie podróż. Jest to JiaLing JH150GY-3, podobno kopia jakiejś starej hondy. Małe enduro, czyli motocykl do jazdy również po tych gorszych drogach, o pojemności silnika zaledwie 150 centymetrów sześciennych.

Jest to mój pierwszy motocykl, przejechałem na nim dotychczas 7500 kilometrów i nie miałem większych problemów. Myślę, że dopiero podczas podróży nauczę się jak go naprawiać. Czytałem na jakimś forum z Ameryki Południowej, gdzie sprzedają ten model, że do 30 tysięcy kilometrów jest dość niezawodny. Mam nadzieję, że tak będzie, chociaż w Chinach to zależy od egzemplarza. Są mniej i bardziej wybrakowane.

– Mieszkałeś w Chinach prawie trzy lata. Motocykl jest tam popularnym środkiem transportu?

– Motocykle są bardzo mało popularne. Z jednej strony rząd chce się ich za wszelką cenę pozbyć z dróg, wprowadzając coraz więcej przepisów dotyczących zanieczyszczeń i ograniczeń, z drugiej strony Chińczykom kojarzą się chyba z trzecim światem. Pamiętam, jak mój szef popatrzył na mnie z pogardą, gdy mu powiedziałem, że kupiłem motocykl. Tu każdy chce mieć czarne audi, a motocykl wydaje się być pojazdem dla farmera. No trochę inaczej reagują na widok wielkiego terenowego BMW lub harleya. Mój motor nie będzie wzbudzał sensacji.

– Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu?

– Wyjazd przygotowuję już od dawna. Około pół roku temu wpadłem na pomysł, potem w wolnym czasie szukałem kolejnych punktów na mapie, czytałem porady itp. Ostatni miesiąc, kiedy już nie pracowałem, był bardziej napięty – musiałem jeszcze wymienić opony, sprawdzić kilka rzeczy, bylem w Polsce, gdzie kupiłem sobie dobre ubezpieczenie. Bo w Chinach najtrudniej chyba było kupić ubezpieczenie OC na motor – jeździłem od dilera motocykli do ubezpieczalni, nikt nie mówił po angielsku, ciągle brakowało jakiegoś dokumentu. Teraz siedzę u znajomych na podłodze i pakuję torby na wyjazd. Chyba już wszystko mam.

– Spakujesz do sakw jakąś nietypowa rzecz?

– Kurcze… Chyba nic takiego nie mam. No, może chińska wódka 67% od dziewczyny mojego brata na zimne wieczory.

– Ta podróż ma być jednocześnie pewnego rodzaju pożegnaniem z Chinami. Co masz w planach oprócz odwiedzenia różnych ciekawych miejsc?

– Zacząłem się ostatnio martwić rozstaniem z chińskim jedzeniem, ale przede mną jeszcze trzy miesiące, więc na pewno najem się na zapas. Odwiedzę też znajomych polskich blogerów mieszkających w różnych miejscach w Chinach. Reszta wyjdzie w trakcie jazdy.

– Czy jest coś, czego się obawiasz?

– Czytałem ostatnio książkę Ossendowskiego, który na początku XX wieku podróżował po Azji. Jest tam rozdział, który opowiada o tym, jak na stepie w Mongolii łapie się tarantule. Według opisu jest ich tam mnóstwo i to mnie trochę zaniepokoiło, ale Wikipedia o nich nie wspomina…

– Życzymy zatem, aby wieczory nie był zbyt zimne, żeby JiaLing się spisał i żeby żadne tarantule nie stanęły Ci na drodze. Powodzenia i czekamy na wieści z trasy!

Peron4 patronuje wyprawie Chiński Zwiad 2013

Emilia Wojciechowska


Godzinami mogłaby siedzieć w kinie, całymi dniami jeździć na rowerze, wieczorami słuchać muzyki, nocami snuć plany, a w nieskończonej jednostce czasu - podróżować.

Komentarze: (1)

Marta 26 maja 2013 o 14:52

Powodzenia, trzymamy kciuki za wyprawę!

Odpowiedz