15 lutego 2010

Filipiny, cz. I: Amerykana! Give me dollars!

Tagi: ·

Pożegnanie

Dzięki Geraldowi nasz pobyt na Luzonie był bardzo intensywny a jednocześnie leniwy – nie musieliśmy się o nic martwić. Dodatkowo pomieszkaliśmy w filipińskim domu, zaznaliśmy filipińskiej gościnności i wiecznej wrzawy panującej w każdej filipińskiej rodzinie. Przyjęto nas ciepło i wyrozumiale, zapoznano z obyczajami, kuchnią i mentalnością własną.

Jesteśmy za to bardzo wdzięczni, zwłaszcza, że otrzymaliśmy dużo serdeczności, mając w zamian jedynie uśmiech. Wspaniale było przyjechać do tego obcego kraju i zobaczyć, jak inaczej od nas ludzie żyją i jak jednocześnie wiele nas tak naprawdę łączy, jak w różnych sytuacjach reagujemy wszyscy podobnie. Podróżując sami, nigdy byśmy tego wszystkiego nie poczuli i nie zobaczyli.

San Julian. (Fot. Luiza Poreda)

Dzień przed wyjazdem do Manili poszliśmy we dwoje na plażę w San Julian. Chcieliśmy spędzić cały dzień idąc od plaży do plaży, gdyż ciekawił nas świat znajdujący się tuż obok dobrze już znanej wioski. Tego dnia pierwszy raz zetknęliśmy się z rzeczywistością, której na pewno nie dowiemy się z folderu biura podróży.

Poza San Julian plaże (a widzieliśmy ich kilka), po których spacerowaliśmy, były okropnie zaśmiecone, na tyle, że brzydziliśmy się wejść do wody. Po południu podczas przypływu śmieci leżały stertami na pięknych plażach, ale za to można było się wykąpać, bo nie było ich już tyle w wodzie.

W leżących przy tych plażach wioskach (za San Julian była San Migiel, a dalej następne, ciągnące się wzdłuż wybrzeża), sterty plastiku były jeszcze większe. Naszym krokom towarzyszyła coraz większa zgraja dzieci, powiększająca się przy każdym domu. Wszystkie krzyczały za nami: „Amerykana! Give me dollars!”. Poczuliśmy się bardzo niezręcznie. Podeszła do nas banda małych chłopców, którzy zażądali pieniędzy. Za chwilę pojawiła się dziewczynka, która śpiewając do nas amerykańską kolędę wyciągnęła jednocześnie rękę. Zdębieliśmy, zamurowało nas, zatkało. Co się dzieje? Czyżby klosz nieobecnego dziś z nami Geralda opadł. Czyżby dopadła nas nagle filipińska rzeczywistość. Co nas czeka jutro?

Oszołomieni wróciliśmy do domu Geralda. Jego mama uraczyła nas kolacją, poszliśmy spać, by rano wziąć rzeczy i ruszyć autobusem do stolicy kraju – Manili. Nie wiedzieliśmy nawet, że w tym czasie w Manili wybuchła kolejna bomba.

Zobacz część II tekstu o Filipinach: Droga z Manili do wulkanu Taal

Strony: 1 2 3
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Luiza Poreda

Luiza Poreda

Dziennikarka, malarka i rysowniczka. Miłośniczka krajów północnych, takich jak Norwegia, Szkocja, Mongolia i Rosja. Fascynuje ją szamanizm i ludzie o umysłach otwartych i ciekawych świata.
Podobne artykuły
Palawan – nieodkryta perła Filipin

Palawan – nieodkryta perła Filipin

Filipiński Palawan to miejsce niezwykłe. Wspaniałe laguny, bajeczne plaże, podwodne cuda i niesamowici ludzie. Nawet Filipińczycy z innych części kraju przyjeżdżają tu, by rozpocząć wszystko od nowa i żyć w rytmie reggae....
Filipiny, cz. II: Droga z Manili do wulkanu Taal

Filipiny, cz. II: Droga z Manili do wulkanu Taal

Do dziś na myśl o Manili przychodzą mi słowa takie, jak: bieda, żebracy, hałas, smog. A w tym wszystkim zatopione bogate centra handlowe, hotele i sieć Starbucks Coffee, gdzie uniżony pracownik otwiera przed tobą i zamyka za tobą drzwi....
Na straganie w dzień targowy… Indonezyjscy naciągacze

Na straganie w dzień targowy… Indonezyjscy naciągacze

Jak to w Indonezji bywa, większość osób z próbuje okantować każdego białego, a jeśli się nie uda, z uśmiechem odchodzą dalej. Zawsze warto spróbować targów! ...
Pocztówki ze świata: Otwarci ludzie w zamkniętym kraju

Pocztówki ze świata: Otwarci ludzie w zamkniętym kraju

Birma to kraj, o którym robi się w mediach coraz głośniej, ale też miejsce, do którego jeździ coraz większa liczba turystów. Jaka jest Birma i jak się do niej dostać? Posłuchajcie kolejnych "Pocztówek ze świata"....

Komentarze: 3 »

  • Loki

    Ostatnia przygoda z napierajacym tlumem dzieciakow zadajacych przyslowiowego dolara zabrzmiala troche… jesli nie groznie to napewno nieprzyjemnie. Wyglada na to, ze taka osoba jak Gerald moze byc naprawde pomocna.

    pozdrawiam

  • amb

    Bardzo ciekawy tekst, szkoda tylko że nie ma możliwości powiększenia zdjęć…

  • teddy

    Artykul ok.,serdecznosc oraz szacunek do bialych ludzi raczej nie spotyka sie na co dzien w innych krajach. Co do dzieci to nie jest az tak zle trzeba tylko miec przy sobie zawsze jakies slodycze oraz duzo bilonu ale tez mozna dac ” papierek ” kwoty 10-20-50 peso ,znikome dla nas.za 1 peso kupuje sie mala paczke orzeszkow .czyli za 50 peso mozna ich kupic „tasme” 50 sztuk czyli 3 zlote polskie.Ja akurat cieszylem sie ze moge dac jakies prezenty lub jakies kwoty pieniedzy.dla nas to naprawde wydatki minimalne jak kupno gazety codziennej.pozdrowienia (bylem w styczniu manila mindanao camiguin cebu , wkrotce mam zamiar jechac ponownie ,najlepsze wakacje zycia.

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele