Feliz Navidad, czyli Boże Narodzenie po gwatemalsku


Anita Demianowicz


W Gwatemali święta Bożego Narodzenia obchodzone są hucznie i z rozmachem. Przez kilkanaście dni w roku ludzie zapominają o niedostatkach i problemach. Począwszy od wigilii aż po Nowy Rok w miastach rozbrzmiewają wybuchy fajerwerków, a niebo raz po raz rozbłyskuje feerią barw.

Dziewięć dni wcześniej

– Od domu do domu. Tak się wędruje – mówi Silvia, sympatyczna i uśmiechnięta Gwatemalka, która wynajmuje pokoje zagranicznym studentom. A wędrują tak mieszkańcy miasta Antigua, dawnej stolicy Gwatemali, która po dwóch potężnych trzęsieniach zmieni w 1773 roku została niemal zrównana z ziemią. Z czasem jednak podniosła się z upadku, choć nigdy już nie odzyskała dawnej świetności. Stała się za to centrum turystycznym, do którego każdego roku zjeżdżają setki turystów, którzy wciąż mogą obserwować i brać udział w nadal kultywowanych zwyczajach i tradycjach. Idealnym do tego czasem jest okres świąteczny.

Dziewięć dni przed wigilią Bożego Narodzenia mieszkańcy zaczynają procesje. I wędrują. Od domu do domu. Z figurami Świętej Rodziny, w towarzystwie muzyki wygrywanej na tradycyjnym gwatemalskim instrumencie – marimbie, na skorupie żółwia, na flecie. Przy udziale kolorowych pochodni, modlitwie i śpiewie. Las Posadas, bo tak zwany jest ten zwyczaj, jest upamiętnieniem poszukiwań przez Maryję i Józefa schronienia. Schronienia, w objęciach którego miał na świat przyjść Zbawiciel. Od domu do domu.

Przez dziewięć kolejnych dni figury świętych spoczywają w domu innej rodziny. Aż ostatniego dnia, już po wigilii, docierają tam, gdzie ich miejsce, gdzie narodził się Jezus Chrystus – do szopki betlejemskiej, która z pietyzmem przygotowywana jest w każdym katolickim kościele w kraju.

Pierwsza gwiazdka

Zasiadamy do stołu. Nikt nie wypatruje pierwszej gwiazdki. Na stole brak dwunastu dań i dodatkowego nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Nie ma sianka pod obrusem ani łamania się opłatkiem. Jest za to wołowina w sosie z surówką i ryżem, a do tego kukurydziana tortilla, bez której nie istnieje żaden posiłek.

Wigilia w Gwatemali nie jest jarska. Wigilia to święto, a święto musi być obchodzone hucznie i z rozmachem. Na co dzień w posiłkach dominuje fasola, platany, kukurydza, warzywa i owoce. Mięso to kosztowny zakup i nie jada się go od tak. Za to w dzień narodzin Chrystusa mięsa zabraknąć nie może. Jest tradycyjny pepian, czyli kurczak w sosie paprykowo-pomidorowym z dużą ilością uwielbianej przez Gwatemalczyków kolendry. Albo tamales przygotowany z masy kukurydzianej z dodatkiem mięsa, zawinięte w liście kukurydzy i obowiązkowe ponche de frutas – napój przygotowany ze świeżych owoców, z dodatkiem rodzynek, kawałków kokosa, wzmocniony rumem.

Mama Negra. Czarna Matka Boska z Ekwadoru

Nie ma makowca, jabłecznika czy sernika, nie ma klusek z makiem. Na deser można skosztować słodkiej masy kukurydzianej o smaku cynamonu, kokosa czy z dodatkiem rodzynek, tzw. tamales dulces. Nikt nie przesiaduje przy stole godzinami. Kolacja wigilijna mija w miarę szybko, a potem wszyscy rozchodzą się. Zwykle do kościoła, by wziąć udział w ostatniej z procesji Las Posadas i towarzyszyć świętej rodzinie w powrocie na swoje miejsce. A potem spędza się czas ze znajomymi i rodziną, krążąc ulicami miasta i dzielnic, zajadając się tradycyjnymi smakołykami z ulicznych straganów i podziwiając świetlny podniebny spektakl.

Choinka, Mikołaj, prezenty

Zielone drzewko świerkowe stoi w kącie pokoju. Oplecione dziesiątkami kolorowych lampek wyraźnie zaznacza swoją obecność. Podobne stoi też w centrum miasta, na placu głównym zwanym Parque Central. Ulice poszczególnych dzielnic oplecione są girlandami, w niewielkich ogródkach stoją postacie św. Mikołaja i reniferów. Papa Noel, odziany w futrzany strój, w towarzystwie reniferów, czy siedzący na saniach, w tych warunkach atmosferycznych budzi rozbawienie. Zwłaszcza za dnia, gdy wędrując po mieście w krótkich rękawkach i szortach człowiek szuka schronienia przed prażącym słońcem i natyka się na postać bałwanka wyciętego z tektury, zamiast ulepionego z prawdziwego śniegu. Takiego prawdziwego białego tutaj mało kto widział.

Mikołaj jednak, mimo problemów z dojazdem na saniach i z braków kominów, którymi mógłby się wedrzeć do mieszkań, trafia tu niemal bez problemów. Niemal, bo niestety smutna prawda jest taka, że nie każdego stać na kupowanie prezentów.

Dawniej, w Gwatemali wierzono, że dary przynosi Dzieciątko Jezus. Dopiero, począwszy od lat siedemdziesiątych XX wieku, gdy Ameryka Środkowa znalazła się pod handlowym i kulturalnym wpływem Stanów Zjednoczonych Dzieciątko Jezus zaczęło być wypierane przez Mikołaja. Dziś jedynie starsi pamiętają, że Mikołaj nie zawsze był obecny w gwatemalskiej tradycji.

Święta, święta i po świętach

Od rana rozbrzmiewają wystrzały fajerwerków. Nikt nie wstaje do świątecznego śniadania i nikt nie ekscytuje się możliwością spożycia potraw mięsnych. Pierwszy dzień świąt jest dniem wolnym od pracy. Każdy chce wykorzystać ten czas na odpoczynek, spotkanie z rodziną, spacery po mieście i znów podziwianie podniebnych świetlnych spektakli. Kolejnego wolnego dnia już nie będzie.

Drugi dzień świąt w Polsce, w Gwatemali jest normalnym dniem pracującym. Na nowo w mieście władzę przejmuje codzienny harmider. Ludzie wracają do pracy, kupcy zjeżdżają na targ, turyści wracają do zwiedzania. Wszystko wraca do porządku dziennego. Prawie, bo aż do Sylwestra, każdego dnia, mieszkańcom towarzyszy huk fajerwerków wypuszczanych z taką sama częstotliwością i pasją jak w wigilię Bożego Narodzenia.

Gwatemala, grudzień 2013 roku

Anita Demianowicz


Komentarze: 4

Meggi 26 grudnia 2013 o 14:56

Ale dzien narodzin Chrystusa to 25, a 24 to tylko jego wigilia, dlatego ten fragment: „Wigilia w Gwatemali nie jest jarska. Wigilia to święto, a święto musi być obchodzone hucznie i z rozmachem. Na co dzień w posiłkach dominuje fasola, platany, kukurydza, warzywa i owoce. Mięso to kosztowny zakup i nie jada się go od tak. Za to w dzień narodzin Chrystusa mięsa zabraknąć nie może.” nie bardzo pasuje.

Odpowiedz

uszczypliwy Wojciech 26 grudnia 2013 o 16:40

Nie Panachajel tylko Panajachel.

Piszesz o tamales jak o wigilijnym przysmaku,
a przecież (mam nadzieję) dobrze wiesz, że oni to wsuwają na
śniadanie, obiad i kolacje 365 dni w roku.

A tak swoją drogą: hohoho, Panajachel, Antigua
(czyli jak mówią: Gringotenango I i Gringotenango II ),
no faktycznie, jak to piszesz na swojej stronie,
najniebezpieczniejsze miejsca świata. No tak, trzeba
uważać, bo ceny zawyżone przez tysiące amerykańskich turystów.

Odpowiedz

Anita 26 grudnia 2013 o 17:32

Wojciechu po pierwsze nigdzie nie jest napisane, że tamales to tylko i wyłącznie danie świąteczne, ale w święta również się je jada. A o tym właśnie pisałam: co się jada w Święta, wigilię. Oczywiście, że się jada je na okrągło, a niby czym ja się żywiłam przez trzy miesiące w Gwatemali?
Panajachel (literówki się zdarzają) i Antigua to gringolandia jak najbardziej, ale nawet jeśli tak, to co z tego? Gdybyś zajrzał na mój blog to byś wiedział, że to były moje pierwsze kroki w podróży dla mnie niezwykle dalekiej, długiej, a przede wszystkim pierwszej i samotnej. Co w tym złego, że na pierwszy cel wybrałam Antiguę, żeby się oswoić z obcą dla mnie kulturą i nauczyć się tam w szkole języka? Mieszkałam z gwatemalskimi rodzinami, z nimi spędzałam święta, z nimi żyłam. To czy spędzasz czas z turystami czy z miejscowymi to tylko i wyłącznie Twój wybór.
A co do „najniebezpieczniejszych miejsc świata” to również radziłabym nie wyrywać z kontekstów zdań, a raczej wczytać się w nie głębiej. Wszędzie w swoich wpisach powtarzałam, że tak mi wszyscy mówili, że Gwatemala, Honduras i Salwador to najniebezpieczniejsze kraje świata, a dla mnie to jedne z najpiękniejszych terenów, w które nie mogę doczekać się, by ponownie wrócić, niezwykle przyjazne, piękne i z cudownymi życzliwymi ludźmi.

Odpowiedz

uszczypliwy Wojciech 26 grudnia 2013 o 17:42

chyba zacznę sie podpisywać jako „anonimowy hejter” ; )

Odpowiedz