Etiopski alfabet: N – Z

Marcin Michalski 5 marca 2010
Natura w Etiopii to wielki rozmach. (Fot. Marcin Michalski)

Natura w Etiopii to wielki rozmach. (Fot. Marcin Michalski)

W trzeciej i ostatniej części alfabetu etiopskiego dowiecie się, jak wygląda sytuacja religijna w tym afrykańskim państwie, co się dzieje na ulicach i co oznacza dla Etiopczyków system.

N jak natura

Natura to przeciwieństwo miasta, to niełatwa przestrzeń, w której usiłują egzystować ludzie i zwierzęta. Dziwił się nasz kierowca, dlaczego uciekamy z miast, które przecież tyle oferują. Natura w Etiopii to wielki rozmach, którego mały, ale jakże bogaty fragment udało się ujrzeć na własne oczy. Etiopia jest krajem przyrodniczych kontrastów. Z jednej strony depresja Danakil, a z drugiej czwarty, co do wielkości szczyt Afryki- Rash Dashen. Aż dwadzieścia szczytów oscyluje wokół wysokości 4 tysięcy metrów. Etiopskie terytoria dają życie czterem systemom wodnym, z których najbardziej znanym jest Błękitny Nil. Z uwagi na tak znaczne zróżnicowanie terenu, wyróżnia się tu aż pięć stref klimatycznych, zależnych od wysokości (od 116 metrów poniżej poziomu morza aż do 4620 metrów), temperatury (od kilku do 50 stopni Celsjusza) oraz opadów atmosferycznych (od zera w ciągu kilku miesięcy w roku do ponad 400 mm, przy czym zdarzają się opady, przeradzające się w gwałtowne powodzie). Będąc w porze suchej przybysz widzi tylko gigantyczne koryta rzek, wypełnione kamieniami i gdzieniegdzie ludźmi, usiłującymi coś jeszcze z nich wyciągnąć. Nic więc dziwnego, że w tak zróżnicowanej przestrzeni znalazło życie wiele fascynujących gatunków, dziko żyjących zwierząt, które z jednej strony oszałamiają, z drugiej zaś wprawiają w zakłopotanie nienawykłego do takich widoków człowieka. Pisząc to czuję bezsilność spowodowaną tym, że nie poruszam się swobodnie po nazwach ssaków, ptaków czy roślin, które widziałem. Przybysza z kraju, gdzie w tym samym czasie zalega gruba warstwa śniegu, olśniewają nietypowe kształty gór, uformowane przez działalność wulkaniczną, urwiste przepaście, soczyste kolory ziemi, roślinności. W spalonych marcowym słońcem górach Siemen można upajać się zapachem róż, pośmiać ze stadnego życia Gelad Krwawiące Serce, doświadczyć wścibstwa Kruków Grubodziobych, zatopić się w widoku majestatycznie przemieszczających się orłów… Etiopia jest domem dla niezliczonej ilości zwierząt, wśród których warto wspomnieć Hienę Centkowaną, Leoparda, Geparda, Etiopskiego Wilka, Koziorożca Abisyńskiego, Guśca, Krokodyla, Hipopotama, nie wspominając o przebogatym życiu ptasim… Moja małość i respekt wobec natury nakazują w tym momencie zamilknąć i odesłać do obejrzenia zdjęć.

O jak oswajanie

To, czego doświadcza się na obcej ziemi, usiłując ująć następnie w jakieś ramy, to tylko skromna część prawdy, a czasem zupełne jej zakłamanie. Na jedno zdanie typu: „Etiopia to kraj, w którym żyją we względnej zgodzie wyznawcy różnych religii”, znajdziemy setkę faktów będących zaprzeczeniem tego stwierdzenia. Do jednoznacznych sądów są skłonni ludzie w „gorącej wodzie kąpani”, nierozsądni, powierzchowni, zawistni. W zasadzie nie powinienem zaczynać pisania Etiopskiego Alfabetu, gdyż zarówno ten wyjazd, jak i każdy inny trwają tylko dwa tygodnie. W tak krótkim czasie nie zawsze udaje się zbliżyć na odpowiednią odległość do lokalnej rzeczywistości. Jej oswajanie to ciągła obserwacja, czasem jej „głaskanie”, czasem „mocowanie się” z nią a czasem ucieczka od niej. Wszystkie te reakcje skłaniają do przemyśleń. Dlaczego na przykład tuż po przylocie strażnik lotniskowy nie chciał nas wypuścić z terminala, podczas gdy inni turyści nie byli zatrzymywani? Czy i tym razem taksówkarz urządzi żałosny spektakl, by wyciągnąć od zmęczonych i przez to tym bardziej zaskoczonych przybyszów niewspółmiernie duże pieniądze? Dlaczego na ulicy leży ktoś chory, a nikt się nim nie interesuje? Dlaczego tak często ktoś próbuje Cię oszukać? Czyżby brakowało tu bezinteresownych ludzi? Wątpliwości można mnożyć, ale najlepiej je rozwiewać. Najlepszym panaceum jest bliski kontakt z rzeczywistością (jeśli oczywiście nam na tym zależy) Na stołecznym targowisku Merkato, nie sposób było uwolnić się od natrętnego naciągacza. Wyrastał on spod ziemi, oferując coś, czego się nie chciało. Był wszędzie i zawsze, a jego czujność zaskakiwała. W pewnej chwili poklepałem go po ramieniu i powiedziałem z uśmiechem, że nazywam go mr Everywhere (pan wszędzie). Od tej chwili mr Everywhere biegał nie za mną, ale do swych licznych znajomych, chwaląc się swym nowym przydomkiem. Dzieci, które jak mr Everywhere są wszędzie mogą stać się „najbardziej uciążliwym punktem wyjazdu” ale patrząc na nie inaczej, można przyznać, że niepowetowaną stratą byłby brak kontaktu z nimi. Oswajając rzeczywistość, zaczynamy patrzeć na nią innymi oczyma. Przestaje ona wtedy stanowić źródło frustracji, ale otwiera powoli swe szerokie wrota…

P jak przykrości.

Ciężko cokolwiek napisać o przykrych sytuacjach, jakie miały miejsce w Etiopii, gdyż obejrzałem kilka godzin temu film „Droga do Guantanamo”. Pakistańscy przyjaciele mieszkający na stałe w Londynie, postanawiają odwiedzić swój kraj rodzinny kraj oraz Afganistan. Jako że jest po 11 września, na terenie tych krajów trwają wzmożone działania wojenne. Niczego nie świadomi młodzieńcy zostają omyłkowo wzięci przez siły sprzymierzone za talibów, a ich życie przeistacza się w koszmar…
Tuż przed wyjazdem przeczytałem artykuł o podobno największym targu w Afryce. Nazywa się on Merkato (czyli targ po prostu) i jest zlokalizowany w obrębie Addis Abeby. Ktoś z komentujących ów artykuł napisał: „Dziękuję za ten opis. Dzięki niemu wiem, gdzie nie jechać.” Jako, że lubię miejsca odstręczające, pokrzywione i wzgardzone przez klasycznego turystę, zjawiłem się na Merkato najszybciej, jak to możliwe. Jest to nie tylko miejsce handlu wszystkim, ale i miejsce spotkań towarzyskich. Europejski turysta mimo wszystko budzi emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne…

Kiedy wstałem z pozycji klęczącej po zrobieniu fotografii, ukazała się przede mną jak najbardziej namacalna postać. „Proszę o pozwolenie rządowe na robienie zdjęć”- powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu, przysadzisty mężczyzna. Kłopoty – pomyślałem… i to pod koniec wyjazdu! Przepraszam ale nie wiedziałem, że trzeba mieć pozwolenie – powiedziałem patrząc mu prosto w oczy. „Pozwolenie” – powtórzył. Ja znów zasłoniłem się niewiedzą i spokojnym ale zdecydowanym tonem przeprosiłem za swą nieświadomość. Atmosfera gęstniała jak coraz szczelniej zacieśniający się wokół nas tłum ludzi czekających na rozwój wypadków. „Jestem policjantem i pójdziemy na komisariat”. Wybacz, że fotografowałem w tym miejscu. Chowam aparat i to koniec zdjęć tutaj. Po tym zapewnieniu wyciągnąłem do niego rękę i etiopskim zwyczajem stuknęliśmy się prawymi ramionami. Dziwna niechęć do wyjmowania aparatu już we mnie pozostała. W krajach afrykańskich zdarzają się sytuacje, kiedy ktoś podaje się za policjanta i próbuje wyłudzić jakieś korzyści majątkowe. Nie jest łatwo się z tym uporać będąc na obcym terenie. Zdarzyło się coś jeszcze… Wraz z mym kompanem przemierzyliśmy około 2 tysiące kilometrów prawie pustym autem. Starałem się za każdym razem przekonać kierowcę, aby zabrał babcię z baniakiem wody, lub podrzucił matkę z dzieckiem do następnej wsi. Nie udało się to ani razu… Nie wspominam bardziej szczegółowo o sytuacjach, gdy trzeba było zabrać kogoś chorego. Zdziwieniu mojemu nie było końca, gdy w potrzebie znalazła się moja dobra koleżanka z mężem, których spotkaliśmy na szlaku. W momencie, gdy skończył się asfalt, ich podróż publicznymi środkami transportu okazała się zbyt wolna, aby dotrzeć na czas na samolot powrotny. Zaproponowałem im więc miejsca w wynajętym samochodzie. Kierowca powiedział wówczas stanowcze „Nie”!

Pozostało wziąć sprawę w swoje ręce. Mój kolega pełnił rolę nieustraszonego negocjatora, ja zaś łagodzącego bezkompromisowość jego wywodów tłumacza. Kierowca, z którym połowa trasy przebiegła we wspaniałej atmosferze, zamknął się w sobie i nakazującym tonem wymuszał kontynuowanie jazdy, ale bez moich przyjaciół. To jednak nie wchodziło w grę. W powietrzu wisiało coś ciężkiego. Nasz negocjator, który przemierzył cały świat i bywał w o wiele gorszych opałach, stopniowo powiększał przewagę. W końcu usłyszeliśmy: „dobrze- jedziemy razem”. Pojechaliśmy, jednak podskórnie wyczuwało się dokuczliwe napięcie. Na postojach kierowca szeptał mi, że i tak wyrzuci ich niebawem. Nie stało się tak jednak. Pod koniec drogi przeprosił za swą impulsywność, ale magia Etiopii prysnęła… Mimo wszystko warto było zawalczyć o naszych przyjaciół, gdyż dzięki nim wyjazd nabrał znów rumieńców. Tak naprawdę opisane wydarzenia były niczym wobec tego, co mogło się przydarzyć w tym nie do końca obliczalnym miejscu.

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Marcin Michalski

Marcin Michalski

Na co dzień pedagog specjalny - zajmuje się osobami z autyzmem. Praca do łatwych nie należy, więc czasem udaje się to tu to tam i snuje przemyślenia na temat odwiedzanych miejsc.

Dodaj komentarz

PARNTERZY: Travel Channel Klub Podróżnik MK Tramping MK Tramping