Dzienniki japońskie: Wyjazd z Tokio


Tagi: , , ,

Miliony kropli uderzające o dach stancji nad głową i równomierny plusk tych pojedynczych, które kapały do miednicy leżącej u moich stóp. Forte i piano. Koncert, który od kilku dni usypiał mnie i budził. Najpierw mnie irytował, a potem, gdy już się do niego przyzwyczaiłem, niczym metronom pomagał mi odmierzać czas.

Dach przeciekał już trzecią dobę. Dokładnie tak długo bez przerwy padał deszcz. Siedziałem w pokoju na poddaszu przy otwartym oknie i z góry obserwowałem ulicę. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniało. A jednak częściej zdarzało mi się ujrzeć krótką sprzeczkę albo usłyszeć trochę za długie trąbienie kierowcy, który na wąskiej uliczce obdarzał kolegę nadjeżdżającego z naprzeciwka spojrzeniem pełnym zniecierpliwienia. Wszyscy mieli już odrobinę dość tego deszczu. Ja też.

Jeśli ktoś chce się przekonać, co znaczy pora deszczowa w Japonii, powinien zawitać tu na przełomie czerwca i lipca. Niech tylko nie zapomni parasola, płaszcza przeciwdeszczowego i pary kaloszy. Okres ten zwą tutaj piątą porą roku i jak na porę roku przystało, ma on swoje prawa i wymagania. Jednym z nich jest cierpliwość. Moja była już na wyczerpaniu. Czułem, że już najwyższy czas, by zacząć podróż, ale – zapewne ze względu na pogodę – nie mogłem się przemóc. Już od trzech tygodni czekałem na rozpogodzenie. Wreszcie pewnego poranka przez szpary w zasłonach przedarły się promienie słońca. Wyjrzałem przez okno: na stalowym niebie pojawiły się błękitne łaty. Te jasnoniebieskie plamy po długim czasie nieprzerwanej szaroburości od razu uruchomiły moją wyobraźnię. Poczułem, że rozpiera mnie energia. To był znak, że czas ruszyć w drogę. Zarzuciłem plecak na ramiona i wyszedłem z domu.

* * * * *

Wielkie miasta mają to do siebie, że łatwiej jest do nich wjechać, niż się z nich wydostać. I to nie tylko w sensie psychologicznym, gdy mamy na myśli to, że człowiek czuje się w nich jak mała drobinka, której los nikogo nie interesuje i która w swej jednostkowości nie ma żadnej mocy sprawczej, wybiera więc bezpieczne podporządkowanie i minimalizm. Także w znaczeniu fizycznym: po prostu z metropolii nie jest łatwo się wydostać, znaleźć drogę, która prowadzi w kierunku, w którym chcemy podążać. Tokio jest takim właśnie miastem.

Oczywiście mógłbym wsiąść w wygodny pociąg ekspresowy i szybko dotrzeć do celu. Mógłbym. Ale po pierwsze bilet kosztowałby mnie znacznie więcej niż środki, którymi dysponowałem, a poza tym cóż to za przyjemność z własnej woli odebrać sobie szansę na interesujące spotkania. To przecież one są najciekawsze, najbardziej odkrywcze i inspirujące.

Tylko jak wydostać się z tego miasta-molocha? Jak znaleźć najlepszą drogę? Jak złapać okazję w plątaninie uliczek i alei wielkiego Tokio? Wiedziałem, że muszę dostać się bliżej rogatek metropolii. Tam, gdzie trafiają podróżni, którzy opuszczają miasto. Ktoś podpowiedział mi, że powinienem spróbować koło stacji Yōga.

Nie pożegnałem się ani z panią Nakajima, ani z żadnym ze znajomych, bo wiedziałem, że niedługo znów tu wrócę. Po prostu wsiadłem w kolejkę miejską i po kilku przesiadkach dotarłem na wskazane miejsce. Kilkanaście metrów nad ziemią na stalowoszarych słupach unosiła się ta właściwa droga. Autostrada Tōmei. Gdy rozmyślałem, jak się na nią dostać, niebo znów przykryły ciemne chmury. Zdążyłem tylko stanąć na skraju drogi, kiedy na mojej głowie rozprysły się pierwsze krople. Wkrótce zaczęło lać.

Nie ma mowy, by w takich warunkach liczyć na czyjąś przychylność – pomyślałem i schroniłem się w pobliskim barze szybkiej obsługi. Deszcz nie chciał ustąpić i przez głowę przeleciała mi myśl, że poranne przejaśnienie to był tylko żart natury, która postanowiła się ze mną podroczyć. Nie dałem jednak za wygraną. Za długo już czekałem na ten moment.

– Na pewno dam radę – wyszeptałem do siebie. – W końcu z Tokio do Nagoi jest tylko około trzystu kilometrów. Autostradą można w jeden dzień pojechać tam i z powrotem.

Z Nagoi blisko zaś jest już do Kioto i Nary, dawnych stolic, które chciałem odwiedzić. Stamtąd z kolei bez problemu dostanę się do Hiroszimy, a kto wie może nawet dalej – na wyspę Kiusiu, choć ta zdawała się bardzo odległa, a ja chciałem podróżować bez wytyczonej trasy, zdając się na los i uprzejmość kierowców. A poza tym w jednej z gazet przeczytałem, że na zachodzie pora deszczowa dobiegła już końca. To wystarczający powód, by pojechać w tamtą stronę.

Godzinę później przestało padać. Stanąłem przy krawędzi jezdni z kartonem, na którym wykaligrafowałem napis Nagoya hōmen – W stronę Nagoi. Po kwadransie podbiegła do mnie dziewczyna z zapytaniem, czy potrzebuję pomocy. Odparłem, że chciałbym tylko znaleźć się na autostradzie. Przez dłuższą chwilę analizowała sens mojej odpowiedzi, po czym zaprosiła mnie do samochodu i zawiozła na pierwszy parking na autostradowej estakadzie. Znalazłem się wysoko nad ziemią, w miejscu, z którego nie było już drogi odwrotu: ani drzwi wyjściowych, ani schodów. Poczułem, że wyruszyłem w podróż.

Z parkingu zabrał mnie elegancki staruszek o gęstej, siwej czuprynie i zmarszczkach wokół oczu, które wskazywały na pogodę ducha i żywotność. Uśmiechał się za każdym razem, gdy chciał mi coś powiedzieć.

– Podróże to dobra rzecz. Otwierają oczy – powtarzał, a ja mu przytakiwałem.

Jechał do Shimizu na spotkanie z kolegami z dawnej pracy. Jego wesołe oczy zdradzały dobry humor i ochotę na zwierzenia. A miał się czym chwalić. Był emerytowanym oceanografem. Ukończył Uniwersytet Tokijski, co w tym kraju uznaje się za nie byle jakie osiągnięcie, a on, jakby tego było mało, jeszcze się tam doktoryzował. Potem wyjechał na badania do Seattle, a po powrocie rozpoczął pracę w agencji rządowej.

– Mogłem zostać w Ameryce. Oferowano mi wysokie stanowisko i intratne wynagrodzenie. Wybrałem jednak bezpieczeństwo nad przygodę. Wyszalałem się podczas studiów. Na wszystko musi być właściwy czas i najważniejsze to rozumieć, kiedy on nadchodzi.

Wyglądało na to, że dobrze wiedział, kiedy nastąpił właściwy dla niego czas i podejmując decyzję o powrocie, nieźle na tym wyszedł. Cieszył się dobrym zdrowiem i wysoką emeryturą.

Jechaliśmy już od godziny, a ciągła zabudowa nie chciała się skończyć. Domy stały jeden obok drugiego, a między nimi rozpychały się kombinaty chemiczne i sterylne fabryki. W oddali górowały wieżowce portowej Jokohamy.

Zapytałem kierowcę, gdzie kończy się jedna miejscowość i zaczyna następna, a on spojrzał na mnie spod oka, trochę jak na wariata i – ponieważ właśnie mijaliśmy tablicę z nazwą miasta – z tryumfem wykrzyknął, że tu. Miał szczęście, ale nawet gdyby ono mu nie sprzyjało, i tak nie przyznałby się, że nie wie. Wyznanie to bowiem postawiłoby w złym świetle zarówno mnie – jako osobę nieroztropną i niegrzeczną, jak i jego – jako kogoś, kto nie ma dostatecznej wiedzy. Tym samym obaj znaleźlibyśmy się w niezręcznej sytuacji, zapadłaby zapewne cisza i wyparował dobry nastrój, podtrzymywany niejednokrotnie dużym wysiłkiem woli. A nie ma w Japonii nic gorszego niż postawienie kogoś w sytuacji bez wyjścia, naruszenie panującej harmonii i zepsucie dobrego nastroju. To zupełnie tak, jakbyśmy wnieśli ze sobą do salonu zapach nieświeżej ryby. Niby wszyscy się dalej do nas uśmiechają, ale trudno znaleźć kogokolwiek, kto zechciałby z nami zamienić więcej niż słowo. W Japonii nic bardziej nie zniechęca do stawiania trudnych pytań niż zagrożenie wykluczeniem i obojętnością. One są gorsze niż najsurowsza kara.

Zapanowało milczenie, a ja postanowiłem nie pytać już więcej. Tym samym odebrałem kolejną lekcję japońskiego savoir vivre’u, a na Wyspach jest on przecież ważniejszy nawet niż radość życia. Z opresji wywabiła mnie góra Fudżi, której wciąż jeszcze ośnieżony wierzchołek wychynął zza mgieł. Wyglądała, jakby unosiła się w powietrzu.

– To najpiękniejsza góra na świecie! – wykrzyknął starszy pan.

Pokiwałem twierdząco głową i wpatrywałem się w symetryczny stożek, dopóki nie zniknął za którymś z zakrętów. Wkrótce potem na łagodnych stokach pojawiły się równe rzędy krzewów herbacianych. Z oddali przypominały plecione warkoczyki o soczystozielonej barwie. Byliśmy w prefekturze Shizuoka – jeszcze do niedawna najdalej na północ wysuniętym miejscu uprawy herbaty na świecie.

Tuż przed zjazdem do Shimizu starszy pan zjechał na niewielką zatoczkę. Pożegnał mnie uściskiem dłoni i zniknął za zakrętem. Zaczęło palić słońce. Znalazłem się w pułapce. Nie było miejsca, gdzie mógłbym się schować, a spacer brzegiem autostrady nie tylko groził śmiercią, ale jeszcze słonym mandatem. Los mi jednak sprzyjał. Po kilku minutach zatrzymała się biała limuzyna. Za kierownicą siedział mężczyzna w szykownym garniturze. Nie był rozmowny. Wspomniał tylko coś o zyskach w czasie szalonych lat osiemdziesiątych i o tym, że dobry los i znajomości pozwoliły jego firmie przetrwać kolejne dwie dekady. Potem zamilkł aż do parkingu przed Hamamatsu. Zanim się pożegnaliśmy, zaprosił mnie na lunch.

Na parkingu zaczepił mnie kierowca niedużej ciężarówki. Przewoził sprzęt do robót budowlanych i wracał właśnie do domu w Nagoi. Mówił dialektem i niewiele z jego słów mogłem zrozumieć. Gdy w pewnym momencie zadzwonił do żony i wspomniał o współpasażerze, w słuchawce zapadła cisza, a z jego ust zniknął uśmiech.

– Masz już zarezerwowany nocleg? – zapytał mnie w literackim japońskim, co przychodziło mu z dużym wysiłkiem.

– Jeszcze nie – odpowiedziałem. – Ale z pewnością coś znajdę.

– Na pewno – przytaknął i zamruczał pod nosem coś o późnej porze, po czym… zawiózł mnie do swojego domu.

Mieszkał w kilkupiętrowym bloku na przedmieściach Nagoi. Wzdłuż osiedla, które składało się z kilkunastu niemalże identycznych budynków, biegła ruchliwa aleja do centrum miasta. Gdy przejeżdżały nią ciężarówki, w oknach trzęsły się szyby a podłoga podskakiwała wraz ze wszystkimi meblami.

Mieszkanie nie było duże: raptem aneks kuchenny i dwa pokoje. Pierwszy z nich, w zależności od pory dnia, służył za jadalnię, suszarnię albo sypialnię. Stał w nim duży telewizor i niski stolik, który wieczorem stawiano na sztorc, by na podłodze rozłożyć materace. Zasunięte drzwi nie pozwalały zajrzeć do drugiego pomieszczenia.

Polecamy: Transsyberyjska. Fragment książki Piotra Milewskiego

Żona mojego dobroczyńcy – szczupła czterdziestolatka o pociągłej twarzy i długich włosach farbowanych na kasztan – przywitała mnie bardzo grzecznie, choć powściągliwie. Byłem w końcu obcym, który przekroczył próg jej królestwa bez wyprzedzającego zaproszenia, powinowactwa czy choćby jakiejkolwiek rekomendacji. O takich osobach, które pojawiają się znikąd i nie sposób sprawdzić ich reputacji, japońskie powiedzenie mówi: uma no hone, „kości konia”. Zwrot ten pochodzi z Chin i określa się nim ludzi i rzeczy bez rodowodu, a co za tym idzie – bez wartości i mocy, czyli te, które do niczego się nie przydadzą i ze spokojem można je ignorować. Moja osoba kryła jednak tajemnicę, toteż ciekawość pani domu wzięła górę nad nieśmiałością i zaskoczeniem z „prezentu”, jaki sprawił jej mąż.

Wkrótce pojawił się też czteroletni synek. Na początku chował się za nogami swojej mamy i przyglądał mi się, jakbym przybył z innej planety. Ale jak tylko pozwoliłem mu dotknąć moich włosów (muszą być farbowane, jak u mamy!) i wsadzić palec w moje oko (czy nie są czasem sztuczne – przecież mają niespotykany, niebieski kolor?), zaprzyjaźnił się ze mną. Zaczął znosić ze wszystkich zakamarków mieszkania zabawki, tak że po chwili u moich stóp leżała już góra pluszowych misiów i resoraków.

– Oniichan! Oniichan! Kimpatsu! (Starszy brat! Blondyn!) – pokrzykiwał, truchtając dookoła mnie i dotykając moich włosów, aż w końcu zmęczony zasnął mi na kolanach z dłonią wetkniętą pod moją koszulę.

Tymczasem na mnie czekała prawdziwa uczta: kałamarnica nadziewana ryżem, krewetki w chrupiącej panierce, surówka z ogórka i wodorostów w octowej zaprawie, marynowane ośmiorniczki, surowe bonito, grillowane kurczaki. Przysmaki, o których nawet nie śniłem, lądowały na moim talerzu jeden po drugim, a ja dawałem się nimi faszerować, z każdym kęsem coraz bardziej podziwiając zdolności kulinarne gospodyni.

W telewizji nadawano wyścigi łodzi motorowych. Jak się okazało, pan domu był ich zapalonym fanem i skromną sumę, którą z jego pensji wydzielała mu raz w tygodniu żona, przeznaczał na zakłady. Nie było to niczym niezwykłym. W Japonii często wynagrodzenie męża wpływa na konto żony, która zarządza domowym budżetem. Tego wieczoru przegrał miesięczne kieszonkowe, ale nie popsuło mu to humoru, zapewne dzięki piwu i nihonshu, którymi opijaliśmy każdy, nawet niepomyślny, wyścig.

Gdy posiłek dobiegł końca, zaprowadzono mnie do drugiego pokoju. Był niewielki. Miał rozmiar trzech mat – cztery i pół metra kwadratowego. Rozejrzałem się za plecami gospodyni i prawie złapałem się za głowę. Wnętrze wypełnione było rocznikami kolorowych magazynów oraz komiksów ułożonych w idealną kostkę i związanych sznurkiem, zużytymi patelniami, czarkami, kubkami i talerzami poukładanymi w precyzyjne piramidy, znoszonymi ubraniami na wieszakach. Nie była to zwykła rupieciarnia, gdzie rzeczy wrzuca się bez ładu i składu. Przypominała raczej niecodzienne sanktuarium. Widać było, że starocie gromadzono tu z wdzięcznością i uczuciem, któremu pewnie najbliższa jest miłość.

Gospodyni rozsunęła nieużywane przedmioty na boki, uwalniając na środku pomieszczenia w sam raz tyle miejsca, bym się zmieścił. Rozłożyła na podłodze niewielki materac i pożegnała mnie uśmiechem. Zanim zamknęła drzwi, usłyszałem jeszcze chrapanie jej męża.

Leżałem wśród dziurawych garnków i obszczerbionych talerzy, modląc się w myślach, by w nocy nie zatrzęsła się ziemia. Zginąć przygnieciony żelaznym złomem? Nie byłaby to bohaterska śmierć. Już na samą myśl o niej o mało co nie wybuchłem śmiechem. Powstrzymałem się jednak, bo w końcu byłem tu tylko gościem, a moi gospodarze odkryli przede mną swoje tajemnice. W malutkim pudełku po butach leżały stare książeczki bankowe i korespondencja. Na ścianach zdjęcia teściów. Gościnność i dobre serce nie mają ceny. Trzeba docenić tych, którzy nas nimi obdarzają. Nieczęsto dane nam jest ich spotkać.

Było mi dobrze. Pełny żołądek i dach nad głową, a przy tym serdeczne towarzystwo. Ta podróż nie mogła się lepiej zacząć.

* * * * *

Tekst pochodzi z książki Piotra Milewskiego Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia (Wydawnictwo Znak, 2015)


Komentarze: Bądź pierwsza/y



24 powody, dla których ludzie nie podróżują z...

Anna i Thomas Alboth, 25-07-2011

Można podróżować z dzieckiem, to już wiemy. Mnie zaczyna męczyć inne pytanie: jak można nie podróżować z dzieckiem?!


Wizyta w najlepszej z możliwych Korei

Roman Husarski, 08-10-2014

Korea Północna to jeden z najbardziej zamkniętych krajów świata. Pojechałem tam przede wszystkim z powodu mojej pracy dotyczącej kina koreańskiego. Przy okazji zobaczyłem kawałek...


Prywatny Zbawiciel

Wojtek Ganczarek, 17-02-2014

El Salvador znaczy po hiszpańsku tyle, co Zbawiciel. San Salvador – święty Zbawiciel. Najwyraźniej zbawienie jest tu tylko dla bogatych.


Jak pokochać Bajkał w pół roku i dobrze...

Jakub Rybicki, 02-07-2011

Spędziłem ponad pół roku w Irkucku i w tym czasie na penetrację Bajkału ze wszystkich stron poświęciłem w sumie dwa miesiące. Będzie to też...