Dwie twarze Cypru



Jest szósta nad ranem. Pomimo tego, że jesteśmy w kraju, w którym przeważają wyznawcy religii prawosławnej, budzi nas nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu. Dziwne? Niekoniecznie. Witamy w Nikozji, ostatniej podzielonej stolicy na świecie.

Miasto wydaje się być mocno niedoceniane przez turystów. Centralne położenie i brak dostępu do morza niekoniecznie zachęcają do wizyty. Powietrze jest suche i nieprzyjemne, a temperatura zawsze o kilka stopni wyższa niż w nadmorskich kurortach. Sprawę utrudnia też brak lotniska po południowej stronie stolicy, zostało zamknięte po tureckiej inwazji w 1974 roku. Samoloty lądują więc w nadmorskim Pafos bądź Larnace – i jest to najłatwiejszy sposób na dostanie się na wyspę, tym bardziej, że większość lotów jest obsługiwana przez tanie linie lotnicze. Jedyną możliwością dostania się do Nikozji drogą powietrzną jest lot do północnej części miasta. Jednak należy pamiętać o tym, że ze względu na położenie, port lotniczy Ercan jest obsługiwany tylko i wyłącznie przez przewoźników tureckich.

Jest jednak pewna kwestia, która budzi zainteresowanie zdecydowanej większości przyjezdnych do Nikozji. Mianowicie, stolica jest podzielona na dwie części – grecką oraz turecką. Granica (wraz ze strefą buforową) która przechodzi przez sam środek miasta istnieje od 1974 roku i dzieli nie tylko stolicę, ale i całą wyspę. Teoretycznie mamy do czynienia z dwoma państwami – Cyprem oraz Cyprem Północnym (które notabene jest uznawane jedynie przez Turcję).

Od 2004 roku, kiedy to Cypr wszedł do Unii Europejskiej, możliwe jest przekraczanie tej granicy w kilku miejscach. Sama okolica strefy buforowej jest nieciekawa. Im bliżej granicy, tym uliczki stają się bardziej wyludnione, a budynki opustoszałe i zaniedbane. Gdzieniegdzie widać pomalowane na niebiesko-biało beczki poustawiane w taki sposób, by imitować linię graniczną, a na nich przymocowane duże, czerwone znaki mówiące o zakazie fotografii. Nad wszystkim pieczę sprawują nieprzyjemnie wyglądający żołnierze z karabinami.

Wyjątkiem jest Ledras Street – dumna, typowo europejska reprezentatywna ulica, która wiedzie wprost do punktu kontroli paszportowej. Po drodze mijamy popularne butiki z odzieżą, kawiarnie i zatłoczone restauracje. Przejście na drugą stronę stolicy nie stanowi większego problemu – po okazaniu dowodu osobistego lub paszportu dostajemy biały blankiet z pieczątką i możemy ruszać dalej. Cypryjczycy z południa również mogą skorzystać z możliwości przedostania się na północną stronę, jednak większość z nich honorowo nie chce tego robić. Jak tłumaczą – nie mają zamiaru pokazywać przechodzić kontroli paszportowej i pokazywać dokumentów okupantom w środku swojego kraju.

Jesteśmy w północnej części Nikozji. Strefa buforowa, którą przed chwilą przekroczyliśmy ma dosłownie kilkadziesiąt metrów, a mamy wrażenie jakbyśmy wylądowali w innym świecie. Wciskamy się w ciasne uliczki. Wokół mnóstwo straganów z pamiątkami, odzieżą i elektroniką. Otacza nas wszechobecny gwar i aromat wystawionych na stoiskach przypraw. Jest barwnie, głośno, intensywnie. Widać też, że trochę biedniej niż w części południowej. Wszędzie walają się śmieci, infrastruktura pomimo unijnych dofinansowań jest w kiepskim stanie, a na ulicach spotykamy żebrzących ludzi. Nasz uśmiech wywołuje dwójka przedsiębiorczych chłopaczków, którzy zachęcają do zważenia się – oczywiście za skromną opłatą – na starej rozlatującej się wadze.

W wielu punktach na wyspie można ujrzeć znamiona burzliwej historii Cypru, jednak jest jedno miejsce, które jak żadne inne działa na wyobraźnię i pozwala dostrzec konsekwencje wewnętrznego konfliktu. To Famagusta, miasto położone na wschodnim krańcu wyspy, po jej tureckiej części.

Zanim przejdziemy do meritum, należy wspomnieć co nieco o transporcie na wyspie. Mamy kilka wygodnych opcji z których możemy skorzystać. Pierwszą z nich jest wynajem auta. Wydaje się, że to banał, jednak warto pamiętać o tym, że na Cyprze obowiązuje ruch lewostronny. Pierwsze minuty jazdy w maksymalnym skupieniu minęły mi na nieprzerwanym obijaniu drzwi prawą dłonią – w końcu skrzynia biegów znajduje się po drugiej stronie. Wyzwanie poruszania się po cypryjskich drogach ułatwia fakt posiadania przez wynajęte auta wściekle czerwonych tablic rejestracyjnych, które wręcz krzyczą do innych kierowców – uwaga, turysta! Niestety, wypożyczając auto na terenie południowej części wyspy, nasze ubezpieczenie traci ważność wraz z wjazdem do części północnej.

Drugą opcją transportu jest komunikacja publiczna. O ile po greckiej stronie nie możemy narzekać na cenę i jakość usług (pojazdy są wygodne i klimatyzowane, a przejazd z jednej części wyspy na drugą kosztuje kilka euro), to transport po tureckiej części wyspy jest dość ciekawy. Przejazdy są obsługiwane przez małe, rozlatujące się busiki, a rozkład jazdy na większości przystanków jest jedną, wielką tajemnicą. Po dotarciu na postój, podchodzi do nas mężczyzna, (ochrzczony przez nas „ogarniaczem”), który pyta o cel podróży i informuje o czasie oczekiwania, a nawet sprzedaje bilety. Uroku jeździe busikiem nie sposób odmówić – całą drogę we włosach hula nam wiatr, a w głośnikach rozbrzmiewają taneczne tureckie hity.

Ostatnią opcją jest oczywiście nieoceniony autostop, który działa tutaj rewelacyjnie. Co prawda, po greckiej stronie wyspy mieszkańcy nie do końca rozumieją jego ideę, ale chętnie pomagają i nadrabiają kilometry po to by podrzucić nas do określonego miejsca.

Do wizyty w Famaguście zachęciła nas historia jej opuszczonej dzielnicy o nazwie Varosha. Przed 1974 rokiem była luksusowym kurortem, w którym czas spędzały największe ówczesne gwiazdy. Przy brzegu ciągnęła się szeroka piaszczysta plaża, a w pobliskich uliczkach nowe hotele, kasyna i butiki z markową odzieżą rosły jak grzyby po deszczu. Wszystko się zmieniło dokładnie w lipcu 1974 roku, kiedy to przebywająca tam ludność w popłochu zaczęła uciekać przed zbliżającymi się Turkami. Wszyscy byli przekonani, że opuszczą miasto na kilka dni, tudzież tygodni… Jednak nikt z nich nie powrócił tam do dnia dzisiejszego.

Teraz Varosha jest otoczona wysokim płotem z ostrokołem i pilnowana przez żołnierzy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ten kto ośmieli się przekroczyć ogrodzenie, narażony jest na śmierć, bowiem pilnujący mają prawo otworzyć ogień do każdego, kto wejdzie na teren dzielnicy. Zza ogrodzenia można dostrzec jedynie przerażające nagie szkielety hoteli pozbawione okiennic. Wokół rośnie bujna roślinność, która zagarnia opuszczone ziemie dla siebie. Resztę możemy zostawić wyobraźni. Praktycznie niemożliwym jest legalne wejście na strzeżony teren.

Wracamy do południowej części stolicy. Na Ledras Street przetaczają się chmary turystów szukających odpowiedniej restauracji, w której mogliby skosztować słynnego meze. Język grecki miesza się tu z rosyjskim, słychać sentymentalne opowieści starszych Anglików o ich wrażeniach po kilkunastoletniej nieobecności na wyspie. Po nogami przemykają bezpańskie koty. Wjeżdżamy na jedenaste piętro wieży widokowej, z której rozciąga się panorama na miasto. Patrząc na północ, nie sposób nie dostrzec wielkiej tureckiej flagi ułożonej z kamieni na zboczach gór. Pod nią widnieje napis Jestem dumny z tego, że jestem Turkiem. A wszystko to po zapadnięciu zmroku jest podświetlane, co by żaden Cypryjczyk z południa nie zapomniał, kto jest jego sąsiadem.

Tekst został nagrodzony w konkursie BIAŁE MIEJSCA NA MAPIE.


Komentarze: Bądź pierwsza/y