Dwie Argentyny


Gabriela Galecka


Ogromne miasto. Piękne. Pełne historycznych miejsc i nowoczesnych budynków sięgających chmur. Musisz wysoko podnieść głowę, żeby je obejrzeć. To Rosario. Trzecie pod względem liczby mieszkańców miasto w Argentynie.

Pełno tu drogich sklepów i świetnych samochodów. Bogata młodzież jeździ na rolkach i deskorolkach w specjalnie wydzielonych miejscach, malowniczo położonych nad rzeką. Można tu beztrosko spędzić czas, przechadzając się prostymi ulicami, podziwiając wspaniałą architekturę.

Gdy to Cię przytłoczy, bo stwierdzisz, że brakuje tu natury, bez problemu możesz znaleźć odpowiednie miejsce – jest wiosna, więc tutejsze parki są pełne upragnionej zieleni i soczystych kolorów. W otoczeniu palm, ludzie równie beztrosko jak Ty spędzają czas, pijąc yerba mate, bawiąc się z psami, jedząc lunch.

Gdybyś chciał popatrzeć na miasto z góry, możesz pójść na wieżę, Monumento Nacional a la Bandera. To monumentalny pomnik, wysokością nie ustępujący potężnym biurowcom. Spojrzysz w dół i ujrzysz bezkresne, zurbanizowane obszary. Nie będą to szare blokowiska, lecz błyszczące się w słońcu, w większości nowoczesne budowle.

Z drugiej strony wieży zobaczysz gigantyczną Rio Parana, po której w wolnym tempie suną kontenerowce. Ten pomnik to upamiętnienie twórcy argentyńskiej flagi – Manuela Belgrano, który patrząc na rzekę stworzył błękitno-biały symbol Argentyny. Po raz pierwszy była wywieszona właśnie w Rosario w 1812 roku. Z tak wysoka widać „tylko” rzekę i budynki, nie zobaczysz tłumu rojących się na dole ludzi.

Nikt się tutaj przesadnie nie śpieszy. Ludzie wydają się płynąć ulicami. Są pogodni. Gdzieś indziej możesz zobaczyć twarze wykrzywione w przeróżnych grymasach, ale w Rosario ludzie uśmiechają się delikatnie. Przyglądają się sklepowym wystawom, siedzą w kawiarniach pijąc kawę bądź piwo. I chociaż większość tutejszych oczu będzie zwracała na Ciebie uwagę, gdyż jesteś estanjero, to nie będzie to napastliwy wzrok, tylko ulotne spojrzenie zainteresowanego człowieka. Jedynymi, którzy wydają się nieustannie gdzieś pędzić, są kierowcy żółtych autobusów, żółto-czarnych taksówek i samochodów. Oni jedyni będą coraz to wyrywać Cię ze spokoju miasta poprzez częste używanie klaksonu, czy też stwarzanie zagrożenia dla Twojego zdrowia nierozważną jazdą.

Pięknie tu. I jakoś trudno uwierzyć, że to wciąż ta sama Argentyna. Możesz popatrzeć na to samo miasto i stwierdzić, że jest jakiś absurd w argentyńskiej rzeczywistości.

Kiedy spoglądam wstecz i przypominam sobie obrazy jakie widziałam wcześniej w Corrientes czy Misiones, staję się bardziej uważnym obserwatorem. Nakładam wspomnienia na to, co obserwuję teraz i buduję gigantyczny znak zapytania.

Staje mi przed oczyma widok Indian Guarani w San Ignacio. Biednej, brudnej, rdzennej ludności, próbującej sprzedać swoje wyroby przed wejściem do największej atrakcji turystycznej w tym mieście – Ruinas de la reducción Jesuítica. Migają mi przed oczyma obrazy ich wiosek oraz domki, które są niczym więcej, jak nieudolnie zbudowanymi szałasami pozbawionymi ścian.

Pokonane kilometry na argentyńskiej ziemi, to droga przez obszary nędzy, brudu i bałaganu. To sklepy, w których nie było praktycznie nic. Jedyne co w nich uderzało to zapach starego mięsa, który powodował, że odechciewało się jeść. Bywało, że odwiedzałam sklep mięsny, w którym mogłam kupić jedynie dżem, a w lodówkach było tylko światło. Ta Argentyna na rubieżach, to wspomnienie śmieci pozostawionych na ulicach, niepomalowane domy z brunatnymi zaciekami. To zbyt opaśli Argentyńczycy, bo mięso, które jedzą wcale nie jest najlepszej jakości. Jeśli masz ochotę na dobrą wołowinę to będziesz miał problem z dostaniem jej tutaj, gdyż większość tego towaru trafia na eksport.

Zadając sobie pytanie jak to możliwe, że w państwie, które wydawało nam się tak bogate i europejskie, są takie obszary biedy, zaczęłam rozmawiać z mieszkańcami. Ich opowieści dopełniają obraz Argentyny.

Usłyszałam o wszechobecnej korupcji – o skorumpowanych politykach, skorumpowanej policji, źle działającym wymiarze sprawiedliwości. O bezkarności, gwałtach, aborcjach wykonywanych przez kobiety dla pieniędzy z rządowych programów. Argentyńczycy zdają sobie sprawę z licznych problemów. Poruszają te tematy w rozmowach, ale nie widzą szansy na duże zmiany.

Jestem więc w Rosario, które teraz wydaje się uśpione. Życie mieszkańców pochłaniają codzienne czynności, praca i dom. Podążam prostymi ulicami miasta. Na Cordobie (głównej ulicy, nieopodal pomnika) widzę bezdomną kobietę i zastanawiam się, czy mogłaby tak mieszkać na deptaku w Lublinie, albo obok zamku w Warszawie razem ze swoim psem, łóżkiem zrobionym z kartonu, kwiatkami, szczotką do zamiatania i pustymi plastikowymi butelkami.

Gabriela Galecka


Komentarze: (1)

futrzak 26 grudnia 2012 o 19:59

Nedze, brud i syf widac tez i w Rosario: przy autostradzie z Buenos i obwodnicy jest villa miseria, przy ktorej wszystkie villa z Buenos wygladaja porzadnie.
W tej nie ma ani jednego murowanego czy innego niz sklecony z kartonow czy blachy domu, a wszystko przypomina wielki smietnik.

Odpowiedz