Dalszy ciąg rowerowych przygód Za Horyzont
Wspólnie ruszyliśmy w dalszą drogę, najbardziej górski fragment całej wyprawy, drogę wiodącą pośród ośnieżonych pięciotysięczników gór Tien Szan. Z Narynia pojechaliśmy do małej wioski Ak Muz, gdzie udało nam się zrobić ostatnie zakupy – jedzenia musiało nam wystarczyć na ok. dwa tygodnie. Wpierw jechaliśmy na południe szerokimi dolinami rzecznymi, mijając co jakiś czas stada koni i pojedyncze jurty, których gospodarze często zapraszali nas do siebie w gościnę, albo częstowali posiłkiem.

W górach nagle znikąd pojawił się śnieg. Dobry argument by zaprezentować rower. (Fot. Maciek Fertała)
Po zdobyciu przełęczy Kundu (2700 m n.p.m.) trzy razy przeszliśmy kontrole przepustek zezwalających na pobyt w pobliżu granicy z Chinami. Byliśmy nie lada atrakcją dla żołnierzy na posterunkach – teraz to ktoś inny chciał sobie robić zdjęcia z nami, jako ciekawostką turystyczną.
Jadąc wzdłuż rzeki Ak Saj, zostaliśmy złapani przez małą śnieżycę, a potem dojechaliśmy do jednego z naszych najwyższych noclegów, nieopodal przełęczy Kuburguntu (ok. 3900 m n.p.m.), w trakcie którego było na tyle zimno, że zamarzła nam cała woda, jaką ze sobą mieliśmy (to ma być sierpień?). Po pokonaniu przełęczy zaczęliśmy najbardziej wyczerpujący odcinek trasy górskiej, w trakcie, którego miejscami nie robiliśmy nawet 10 km dziennie, trzykrotnie przeprawiając się przez rzekę Jagalinaj/Karakol.
Rzeka była szeroka na jakieś trzydzieści metrów, w najgłębszych miejscach woda sięgała po pas, a więc przeprawy wcale nie były prostą sprawą… Szczególnie, że temperatura wody była bardzo niska – rzeką spływała woda z roztapiających się w trakcie dnia lodowców. W przeprawach pomogły nam dwie związane liny (pojedynczo były za krótkie)i karabinki, przezornie zabrane przez Michała.
Maciek i Michał na zmianę przenosili kolejne odpięte sakwy i same rowery, a my z Olą pomagałyśmy im trzymając linę, do której przypinali zarówno siebie jak i przenoszone rzeczy. Jedyną stratą, jakiej doświadczyliśmy było utracenie jednej karimaty, którą niepostrzeżenie porwał silny nurt rzeki. Odcinek który planowaliśmy na jeden dzień jako przyjemny zjad w dół zajął nam 4 dni i okazał się mordęgą która długo pozostanie nam w pamięci.
Po wydostaniu się z kanionu, w którym poruszaliśmy się po ledwo widocznych ścieżkach krów i świstaków, częściej pchając rowery niż jadąc z całym dobytkiem, nie raz we dwie osoby na raz, dojechaliśmy do szerokiej doliny rzeki Naryń, która otwarła się przed nami niczym ogromny płaskowyż poprzecinany wieloma strumieniami.
Doliną dojechaliśmy do wioski Karakolka, w której znaleźliśmy spawacza – złamany podczas przenoszenia roweru przez głazy element z przyczepki Michała zyskał druga szansę.
- Spawacz, jego niezawodny sprzet i moje okulary przeciwsłoneczne (fot. Maciek Fertała)
- Wykute na skale postacie zwierząt i ludzi – petroglify (fot. Michał Krzyżanowski)
Z Karakolki zaczęliśmy się kierować na północ, w kierunku jeziora Sary Kol, aby następnie zdobyć najwyższy punkt naszej wyprawy – przełęcz o wysokości 4040 m n.p.m. Stąd zjechaliśmy na płaskowyż Syrty, nieopodal kopalni złota Kumtor. Odtąd nasza droga po której poruszały się długie konwoje ciężarówek ze złotem, w końcu prowadziła głownie w dół. Jednego dnia udało nam się zjechać z płaskowyżu prawie nad samo jezioro Issyk Kul do miejscowości Barskoon, położonej ok. 2000 m niżej.
Wreszcie mogliśmy odetchnąć pełnymi płucami i kilka dni spędziliśmy odpoczywając po górskich przygodach nad największym jeziorem w Kirgistanie, w ośrodku misyjnym prowadzonym przez polskich jezuitów, w którego budowie Michał pomagał w trakcie wolontariatu w 2009 roku.
Zwiedziliśmy miejscowość Karakol, gdzie udało nam się trafić na jeden z największych targów zwierząt urządzanych w Azji Środkowej. Na koniec w ramach „rekonwalescencji” po ostrym pedałowaniu w górach zwiedziliśmy gorące źródła, znajdujących się w jednej z pobliskich dolin górskich. Pomysł okazał się świetny, a biwak wśród bujnej zieleni i skał był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Następnie z Karakol autobusem wróciliśmy do Biszkeku ledwo targując miejsca na rowery w luku bagażowym . Stamtąd my z Maćkiem, pełni wrażeń odlecieliśmy do Polski, a Ola z Michałem wyruszyli na ostatni etap ich wyprawy – do Kazachstanu.
Kasia
Sprzęt
Kilka wskazówek, co potrzebnego wziąć na wyprawę rowerową. Ponieważ był to nasz pierwszy taki długi wypad rowerowy, a wcześniej praktykowaliśmy już wyjazdy trekingowe, pominę wszelkie rzeczy typu: skarpetki, śpiwór etc., a skupię się na tym, co jest typowo potrzebne na rowerach.
Zatem, co wziąć ze sobą?
- Rower ! Przede wszystkim zwróćcie uwagę na wygodne siodełko i gripy oraz opony – kolczaste krzaki powodowały, że część ekipy musiała łatać dętki czasem kilka razy dziennie, co po pewnym czasie staje się uciążliwe, niektórzy przejechali dwa miesiące bez złapania kapcia.
- Do tego warto pomyśleć o dwóch uchwytach na bidony – nam sprawdził się pomysł z uchwytem, do którego pasowała praktycznie każda butelka.półtoralitrowa
- Bagażniki i sakwy – testowaliśmy dwa różne warianty – część osób jechała z bagażnikami i sakwami na przednim i tylnym kole, część z sakwami z tyłu i dodatkową przyczepką na bagaże – extrawheel. Każda opcja miała swoje plusy i minusy. Na przyczepkę można załadować znacznie więcej bagażu (polecamy chłopakom ;), za to sprzęt waży więcej i ciężko jest manewrować nim w trudnym terenie. Sakwy z przodu są natomiast bardzo poręczne – można szybko coś schować nie schodząc z roweru, rower jest bardziej równomiernie obciążony, co pomaga przy ostrych podjazdach, ale trzeba się też przyzwyczaić do większej bezwładności kierownicy. Wygodna była też malutka sakwa na ramę z przodu – można do niej wrzucić dokumenty, chusteczki i szminkę (akurat bardzo się przydaje na wietrze i słońcu do ochrony).
- Pamiętajcie też o gadżetach typu oświetlenie, licznik i części zapasowe do roweru oraz narzędzia – to akurat przydaje się nadspodziewanie często.
- Jeśli chodzi o odzież to dobrze wspominamy ciepłe rękawiczki, natomiast garderoba – naprawdę wedle uznania, byle była wygodna.
Ola
Kazachstan
Kazachstan bardzo nas zaskoczył. Kiedy przed wyjazdem myśleliśmy o tym kraju żadne skojarzenia nie przychodziły nam do głowy jedynie to że byli zsyłani tu Polacy po wojnie. Okazało się że ten wielki kraj ma niesamowicie dużo do zaoferowania i nawet nie przypuszczaliśmy że tak nam się spodoba.
Podróżowanie na rowerze po stepach, które ciągnął się przez setki kilometrów jest prawie niewykonalne z powodu ogromnych odległości, wysokich temperatur sięgających nawet 40 stopni Celsjusza i braku wody. Te bezkresne równiny są niezwykle monotonne i niesamowitym ciężarem psychicznym byłoby podróżowanie po nich wiele dni. Zdecydowaliśmy się wiec na to że najdłuższe dystanse pokonamy autobusem, bądź autostopem, a tylko w najciekawszych miejscach przesiądziemy się na rower.
Czaryński Kanion jest drugim co do wielkości i głębokości kanionem tego typu na świecie. Wyprzedza go tylko kanion w Colorado. Jego ściany sięgają na 300 metrów w dół gdzie opadają do bystrej rzeki, która je ukształtowała i po której nieliczni odważni spływają pontonami. Spędzenie tam paru dni było jednym z najlepszych chwil na naszej wyprawie, a otaczające widoki zatrzymały nas bardzo długo, gdy wspięliśmy się na jeden z licznych punków widokowych. Trudno to opisać, zdecydowanie warto to zobaczyć.
Borykając się z upałem i brakiem wody udało nam się dotrzeć do małej miejscowości o magicznej nazwie Karabastau. Żyjący tu ludzie mieszkają pośród niekończącego się stepu i korzystają z lekko słonego strumyczka, który stanowi jedyne źródło wody. Mówią że już do tego przywykli ale trudno w to uwierzyć. To tutaj znajduje się jeden z największych rejonów na świecie, w którym można zobaczyć wykute na skale postacie zwierząt i ludzi – petroglify.
Datowane na Erę Brązu są jedynym śladem po ludziach którzy żyli niegdyś w tętniącej życiem zielonej krainie. Teraz pozostał tylko piach i sucha trawa. Okolica zrobiła na nas ogromne wrażenie, a mimo że skala historyczna tego miejsca jest ogromna jest ono bardzo mało znane i odwiedzane. Wydaje się magiczne i niepokojące.
Michał
PS. Chcielibyśmy podziękować bardzo naszym sponsorom. Głownie firmie Extrawheel, która ogromnie wsparła nas swoimi przyczepkami Voyager. Dziękujemy firmie Crosso oraz sklepowi Cyklotur za rabat na ich produkty.


