Czarnohora z chatki u Kuby, czyli w pogoni za Białym Słoniem (cz. 1)


Łukasz Czubak


Granicę polsko-ukraińską przekraczamy wcześnie rano. Z zachodu na wschód ruch minimalny. Ze wschodu na zachód mrówka na mrówce. Rutynowa kontrola ma twarz pięknej pani celnik. Z przyjemnością daję sobie wbić stempel.

Po kilkunastu minutach smakujemy lokalny koloryt. Jeden, drugi, trzeci. Marszrutki obierają kierunek na Lwów, my wygrzewamy się na słońcu i zajadamy śliwki w czekoladzie. Czekamy na przewodnika.

Zjawia się. Górskie buty, plamiste bojówki, t-shirt, kilkudniowy zarost. Pięćdziesiątka i pół na karku, uśmiech na twarzy. Kuba Węgrzyn właściciel chatki na Kosaryszczu i dzierżawca Dmytrowej Chaty, do której od 10 lat przyjeżdżają Polacy zakochani w Karpatach Wschodnich. Jeden z pierwszych, który, przypomniał sobie o szlakach Czarnohory.

349 kilometrów pokonujemy w siedem godzin. Wszystko co słyszałem o ukraińskich drogach, lecz wydawało się przesadą, okazuje się prawdą. Wstrząśnięci lecz nie zmieszani docieramy do Dzembroni. To tu Robert Makłowicz szukał smaku Huculszczyzny a Siergiej Paradżanow kręcił sceny do słynnych Cieni zapomnianych przodków.

Witajcie w krainie gdzie szum Czeremoszu i Prutu Hucułom przygrywa!

Życie w Dzembroni toczy się leniwie. Najbardziej zwalnia w okolicach sklepu, gdzie sączy się je ze smakiem z plastikowych kubeczków, zagryzając plecionym w warkoczyki serem albo wysuszoną na wiór rybą. Tu każdy ma czas. Nikt się nie spieszy. Miejscowe babuszki okruszek po okruszku, rodzynek po rodzynku, wydłubują słodkości z codzienności. Umorusany lasem i górami gieroj flirtuje ze sprzedawczynią, a sprzedawczyni nie pozostaje mu dłużna, długo zachwalając dostępny asortyment.

Od obiadu dzieli nas dwadzieścia minut drogi. Od noclegu drugie tyle. Dmytrowa Chata, w której spędzimy ten tydzień znajduje się na malowniczej przełęczy położonej między dolinami potoków Bystrec i Dzembronia, na wysokości 1015 m n.p.m. W miejscu, które nawet dla Hucułów jest odludziem. Młodzi coraz częściej wybierają wygodne życie w dolinie. Tymczasem stare chaty na połoninach odchodzą w zapomnienie, jedna za drugą, razem z ich właścicielami. Na szczęście są ludzie, którzy ciągle o nich pamiętają.

Kuba, u którego gościmy jest jednym z nich. Z wykształcenia muzyk, z zamiłowania przewodnik i alpinista. Hucuł z wyboru. Właśnie daje sygnał do wymarszu. Prowadzi na obiad. Do murowanego gospodarstwa na końcu wioski.

Wita nas promienisty uśmiech młodej gospodyni, która zaprasza na pokoje. Na stole lądują barszcz z mięsną wkładką, bryndzowe pierogi polane roztopionym masłem, a na deser racuchy i herbata. I tak przez cały tydzień. Smacznie i z okrasą.

Po biesiadzie oczy zamykają się same. Zmęczenie daje znać o sobie. I jak tu wdrapać się na połoninę? Stajemy się łatwym celem marketingowego zabiegu Kuby. Za niewielką opłatą gospodarz wwiezie nas do chatki ciężarówką. I to nie byle jaką! Legendą rosyjskich bezdroży, cudem radzieckiej techniki motoryzacyjnej, prawdziwym smokiem na czterech kółkach – GAZem 66.

Ekipa wskakuje na pakę. Mam zaszczyt zasiąść w szoferce, tuż obok kierowcy. Trzęsie niemiłosiernie. Są chwile gdy jestem przekonany, że tym razem nie wszyscy utrzymają się na grzbiecie spalinowego potwora. Dyszy, warczy, pluje spalinami, staje w miejscu na gliniastej skarpie, lecz dzielnie wdrapuje się wyżej i wyżej, rozbryzgując błoto i kamienie. Wreszcie bezpiecznie wwozi nas pod samą chatkę.

***

Nad zielonymi grzbietami Czarnohory unoszą się mgły. Zapada wieczór. Ze starej huculskiej chaty bije światło, dobiegają entuzjastyczne głosy. Gdzieś w dole życie pędzi na złamanie karku, lecz tu na połoninie nigdzie nie trzeba się spieszyć. Jest czas na rozmowy o trudnych dziejach bratnich narodów, pieśni Wysockiego i rozgrzewającą herbatę, przy której poznajemy historię starego Dmytra, który do ostatniej chwili nie chciał zejść w doliny.

Smak Huculszczyzny

Dzień budzący się nad Czarnohorą hipnotyzuje. Poranna herbata sączona na werandzie chaty ma wyjątkowy smak. Nic dziwnego, że Kuba nie był w stanie oprzeć się urokowi tych gór. Od kilku lat intensywnie szuka miejsca, w którym mógłby osiąść na stałe. Udaje mu się w 2007 roku. Decyduje się na zakup drewnianej chaty na pobliskim Kosaryszczu. W huculskim domostwie od 15 lat hula wiatr, jednak budynek jest w nienajgorszym stanie. Zostaje położona przysłowiowa belka pod pierwsze powojenne schronisko w Czarnohorze.

Trochę żal, że dziś nie ruszamy w góry. Jednak huculskiego chramu nie ogląda się codziennie. A dziś odpust odbywa się w pobliskim Bystrecu, gdzie przed wojną mieszkał polski prozaik Stanisław Vincenz, autor huculskiej trylogii „Na wysokiej połoninie”. Takiej okazji nie możemy przepuścić.

Po chwili przedzieramy się przez czarnohorskie łąki w kierunku Kosaryszcza. Za grzbietem odsłania się szeroka połonina. Na zielonym morzu traw, niczym tratwa, dryfuje huculska chata. Nowy gont odbija promienie słońca, obramowania okien mienią się niebieską farbą, na werandzie powiewa buddyjska flaga pokoju. Kiedyś na Kosaryszczu było trzydzieści takich budynków! Uratowano tylko jeden. Dosłownie w ostatniej chwili, gdy zęby kleszczy już prawie zaciskały się na przedwojennym drewnie.

Chata pochodzi z lat 30-tych XX wieku, czas odcisnął na niej niezatarty ślad. Przed Kubą jeszcze sporo pracy, jednak już teraz (lato 2011) chata wywiera spore wrażenie. Gospodarz oprowadza nas po wnętrzu, objaśnia przeznaczenie pomieszczeń. U góry strych przeznaczony na noclegownię, na dole izba gospodarza i przytulna sala, serce domu, które już niedługo zabije rytmem górskich pieśni. Ściany zdobią huculskie chusty i hafty, na parapecie drewniane koniki tęskno spoglądają na połoninę, a pod sufitem kołysze się naftowa lampa oprawiona w kuty metal.

– Kiedyś lśniła w obserwatorium na Popie Iwanie – rzuca Kuba widząc nasze zainteresowanie. – Po ewakuacji obiektu do miejscowych domostw trafiło wiele przedmiotów z obserwatorium.

Od razu podchwytujemy temat i wypytujemy o interesujący nas obiekt. „Biały Słoń”, bo tak pieszczotliwie nazywano obserwatorium wybudowane na trzecim co do wysokości szczycie Czarnohory, przez 14 miesięcy był najwyżej położonym budynkiem w Polsce. Koszt jego budowy wyniósł milion ówczesnych złotych! Niestety wojna szybko położyła kres jego działalności, a grube na metr mury do dziś „zdobią” Popa Iwana.

O obserwatorium krąży wiele pogłosek i legend. Miejscowi nigdy nie uwierzyli, że można wypatrywać gwiazd w górach, w których mgła jest równie częsta jak kamienie na stokach. A że inicjatorem budowy obiektu była Liga Ochrony Powietrznej Państwa, to plotka goniła plotkę.

Tajemnice Białego Słonia zostawiamy na następne dni. Tradycyjna koszula huculska – soroczka, którą ubrał Kuba to sygnał, że dziś będziemy smakować kulturę czarnohorskich górali. Chram to nie tylko wydarzenie religijne i kulturowe, ale przede wszystkim okazja do biesiadowania.

Gdy zjawiamy się w wiosce wokół cerkwi pw. Zaśnięcia św. Anny dostrzegamy barwny tłum hucułów. Ubrania mienią się kwiaciastymi chustami i jaskrawymi haftami. Ogorzałe od słońca twarze z namaszczeniem nucą religijne pieśni. W środku cerkwi tęgi pop mruczy słowa modlitwy. Ludzi jest tylu, że nie sposób ustać. A przecież odpustowa msza może trwać nawet dwie godziny…

Nie tylko my przekładamy uciechy ciała nad potrzeby ducha. Większość hucułów tylko na chwilę wchodzi do świątyni, po czym szybko zmierza w kierunku rozłożonych nad brzegiem strumienia kramów. Mieniący się odpustową bylejakością asortyment nie zatrzymuje nas na długo. Za to jedzenie wygląda obiecująco. Zaopatrzeni w nadziane na długie szpikulce szaszłyki i schłodzone w strumieniu piwo rozkładamy się nad wodą. Bliskość lodówki i błogie rozleniwienie szybko wprawiają nas w dobry nastrój.

Kramy powoli zwijają podwoje. Nas czeka jeszcze wizyta w Huculskiej Izbie Muzealnej. Od progu wita nas postawny mężczyzna. Smoliście czarny wąs, ludowy strój i pulchne policzki, znaczą Hucuła pełną gębą. Wołodia Watujczak uśmiecha się od ucha do ucha i wylewnie wita się z Kubą. Muzeum, które założył, to chyba jedyny obiekt na świecie, gdzie zwiedzających częstuje się owczym serem i samogonem…

Mamy okazję z bliska przyjrzeć się huculskim sprzętom gospodarczym, przymierzyć stroje ludowe, spróbować gry na trembicie i zważyć w dłoni skałkowy pistolet.

Od 2006 roku Wołodia przemierza huculskie wioski i skupuje najciekawsze eksponaty, chroniąc je przed zapomnieniem. Robi to na własny koszt, a za odwiedzenie izby pobiera symboliczne opłaty. Tylko dzięki ludziom takim jak on, huculska kultura zachowuje swój żywy charakter.

W gromadzeniu zabytków pomaga także Kuba, który w podzięce za pielęgnowanie huculskich tradycji otrzymuje teraz wymarzony prezent. Wołodia wręcza mu ręcznie malowany kafel przedstawiający św. Mikołaja. Święty będzie główną ozdobą pieca, który ma powstać w nowej chacie. Ciekawe co na taki dowód polsko-ukraińskiej przyjaźni powiedziałby zerkający z wiszącego pod sufitem obrazu Stepan Bandera…

Druga część opowieści: Wchodzimy na Popa Iwana

Łukasz Czubak


Komentarze: (1)

Kuku 30 lipca 2013 o 12:41

„co na taki dowód polsko-ukraińskiej przyjaźni powiedziałby zerkający z wiszącego pod sufitem obrazu Stepan Bandera”

Dla Bandery i UPA to nie polscy nacjonaliści, ale ludzie tacy jak Kuba byli największymi wrogami, bo pokazywali, że Polacy i Ukraińcy potrafią żyć w zgodzie koło siebie. Dlatego też właśnie tacy ludzie jak Kuba byli najbardziej zwalczani. Szkoda, że Kuba tego nie pojmuje i nie ma elementarnej wiedzy historycznej.

Odpowiedz