Mini wycieczka na mini wyspę


Leszek Szałapak


W te wakacje wypadło na Czarnogórę. Nie wiemy czy wywarło to na niej jakieś wrażenie. Pewnie nie. Prawdopodobnie nie zostaliśmy nawet zauważeni w tłumie turystów przewalających się przez nią w tegoroczne wakacje.

A szkoda, bo chyba każdy chce być zauważony, wyróżniony w tłumie sobie podobnych. Stąd też ten tekst, próba pokazania, że ten wyjazd to coś innego niż zwykłe leżenie na plaży, ręcznik w ręcznik obok innych i nic więcej.

Nie jesteśmy z tych co potrafią tydzień lub dwa leżeć na plaży, od rana do wieczora, z przerwą na obiad. Napisałem „nie lubimy”, ale może tak naprawdę to ja nie lubię. Czy spędzając cały rok, całe dnie w pracy, wiem tak naprawdę co lubią i czego chcą moje dzieci i moja żona? Czy te dwa tygodnie urlopu raz w roku pozwolą mi się do nich wszystkich zbliżyć?

Dużo pytajników. A tak naprawdę miało być zupełnie o czym innym. Miało być o przerwie w leżeniu na plaży i wyjeździe nad Jezioro Szkoderskie. Z Petrowaca nie było daleko, raptem trzydzieści, czterdzieści kilometrów. Zależy tylko, w który punkt chciało się dotrzeć. Rzut oka na mapę, może Donji Murici? Jest tam nawet jakaś wyspa w pobliżu. Nawet nie chciało mi się wcześniej poszukać w internecie czy jest tam coś ciekawego. Nie wspominam nawet o czytaniu przewodników. Czy ktoś jeszcze kupuje przewodniki?

Droga była taka, że już miałem ochotę wracać z powrotem na plażę. Taka, o której zwykle się mówi, że widoki zapierają dech w piersiach. Zapierają, ale na pewno nie kierowcy. Ten martwi się tylko, jak dojechać tak, aby ominąć samochód jadący z przeciwka nie ocierając się o niego, nie ocierając się o zbocze góry, ani nie spadając w jakąś przepaść.

Czterdzieści pięć kilometrów w półtorej godziny to średni wynik. Ale kiedy już przyjechaliśmy na brzeg jeziora, na plażę, jakaż duma i szczęście spłynęły na kierowcę. Że dotarł, że nie spadł, że samochód nie zarysowany. Ten stan euforii trwał krótko, niestety. Do czasu aż na plażę nie zajechały dwa duże vany, każdy ciągnący wielką przyczepę do przewożenia kajaków. Jakim cudem one tu dotarły?

Ten epizod nie trwał długo. Z vanów wysypał się tłum, tłum wyładował kajaki, założył kamizelki, wsiadł do kajaków i szybko odpłynął. Chciało by się napisać, że zostaliśmy na pustej plaży tylko my i stado kóz. Ale nie była to prawda. Był jeszcze na przykład jakiś pan, który zaoferował nam, że za piętnaście euro zawiezie nas swoją łódką na wyspę, na której są jakieś stare klasztory. I był jeszcze inny pan, który zawiózł nas na tę samą wyspę za dziesięć euro, ale pod warunkiem, że nie spędzimy na wyspie więcej niż pół godziny, bo wtedy będziemy musieli dopłacić ekstra pięć euro. I nie dopłaciliśmy.

Zdążyliśmy w w tym czasie zobaczyć oba klasztory (co prawda małe), posłuchać trochę o ich historii, zdążyliśmy porozmawiać po rosyjsku z zakonnicą Rosjanką, wypić trochę soku z granatów, zrobić mnóstwo zdjęć, kupić pamiątkowy magnes, zobaczyć jak mieszkają inne siostry, usłyszeć od nich jak to źle, że nasz najmłodszy członek rodziny nie został ochrzczony w wierze prawosławnej tylko katolickiej, choć mógł, po mamie. Mnóstwo rzeczy można zrobić w pół godziny.

Właściwie to ten tekst miał być zupełnie inny. Miało być w nim trochę historii, jakieś prowokujące o dyskusji lub przynajmniej refleksji ciekawostki. Przecież te klasztory zostały zbudowane w XIV i XV wieku przez Jelene Balsić, polityka wtedy na miarę Margaret Thatcher, a jednocześnie autora pomnika literatury serbskiej. Na pewno, jeśli mieć więcej czasu i poszperać, znalazło by się coś ciekawego o niej. Więcej czasu. Tylko skąd go wziąć, jeśli w roku ma się dwa tygodnie na urlop, dzień lub dwa na jakieś wycieczki, pół godziny na zwiedzenie wyspy. A żeby napisać cokolwiek na ten temat to ma się dylemat co wybrać – wyspać się wreszcie czy zerwać parę godzin nocy i pisać?

A właśnie, na koniec przypomniało mi się – wyspa nazywa się Beška.

Leszek Szałapak


Komentarze: (1)

borysek 14 listopada 2014 o 20:44

A co powiecie na taką konfigurację przecinków: Mini, wycieczka, na, mini, wyspę?
No ludzie, rzućcie czasem okiem na to, co zamieszczacie…

Odpowiedz