Co się wydarzyło w gwatemalskiej dżungli


Anna Moszko


Fragment reportażu Co się wydarzyło w gwatemalskiej dżungli pochodzi z książki Poza utartym szlakiem wydanej przez Peron4 i wydawnictwo Mercator.

Roberto, Toño i ja przygotowujemy plan wyprawy. Każdy wyrusza z innego powodu. Toño chce być przewodnikiem. Roberto, właściciel hotelu, chce zarobić i wypromować region dla turystów. A ja jestem „trzynastką”. Nikt mnie nie prosi o wyjaśnienia.

Szukamy leśnych tras, zapomnianych i nieuczęszczanych, na których być może odkryjemy niezbadane dotąd miasta Majów. Ważne jest, by były to tereny „czyste”, bez mafii przemycających kokainę. Mafie nie szukają rozgłosu, omijają turystów i Bogu ducha winnych miejscowych, ale gdy ktoś się im narazi, ich członkowie nie zawahają się pociągnąć za spust czy machnąć siekierą.

Chodzimy od domu do domu, rozglądamy się, pytamy. Tworzymy mapę strefy wolnej od kokainy. Odwiedzamy Don Marco, Maja z Uaxactun, który zna peteńską selwę jak własną kieszeń. Roberto jednak ostrzega: – To leśny chochlik. Zna się na magii, ziołach i peteńskich piramidach. Lepiej z nim nie zadzierać…

Don Marco zostaje członkiem naszej ekipy.

Niezbadane miasta Majów, Gwatemala

Szukamy leśnych tras, zapomnianych i nieuczęszczanych, na których być może odkryjemy niezbadane dotąd miasta Majów. (Fot. Anna Moszko)

Wsiadamy na motocykle. Czeka nas kilka godzin jazdy szeroką drogą, wyjeżdżoną przez archeologów przedzierających się dalej na północ. Mniej więcej w połowie trasy skręcamy w wąską ścieżkę, której przebieg, początek i koniec znają jedynie Don Marco i jego synowie. Słońce chyli się ku zachodowi, kiedy prawie docieramy na miejsce. Droga się zwęża, las gęstnieje. Przysiadamy na papierosa. Pot z nas spływa. Wtedy dzieje się coś, czego najmniej byśmy się spodziewali. Z naprzeciwka ktoś do nas wychodzi – dwudziestoparoletni chłopak. Indiańskie rysy, strzelba na ramieniu, dżinsy i podkoszulek. W krzakach za nim widać motocykl. Skąd się tu wziął? Ostatnie wioski minęliśmy dawno temu. Roberto i Don Marco wychodzą mu naprzeciw. Rozmawiają chwilę na uboczu. Marszczą im się czoła.

– To jest Pablo. Pojedzie z nami – oznajmia Roberto.

Zdumienie maluje się na naszych twarzach.

– Pracuje w straży parku narodowego.

Chłopak nie pokazał jednak żadnej odznaki ani papierów.

Więcej o książce Poza utartym szlakiem

Docieramy do placu przed kompleksem świątynnym El Delirio. Cisza. Żar leje się z nieba. Schowane pomiędzy drzewami piramidy wyglądają jak sterty gruzu. W ciągu stuleci zapomnienia korzenie drzew rozsadziły doskonale dopasowane do siebie kamienie budowli. Kiedyś trafili w to miejsce archeolodzy. Zatrzymali się po drodze do innego, badanego przez siebie stanowiska, bo z rozległego kompleksu świątynnego wybijała się centralnie położona piramida z kilkumetrowym kamiennym dyskiem symbolizującym słońce. Oczyścili go i zabezpieczyli. Odkryli na nim lekko zatarte glify. Powiedzieli, że wrócą. Ale długo nie wracali – nie było pieniędzy na kolejne badania. Kiedy miejscowi zorientowali się, że zabezpieczony dysk może być cennym znaleziskiem, szybko postarali się, żeby zniknął. Dysk ważył kilka ton. Jak go przetransportowali? Dokąd wywieźli? Jaką miał funkcję? Kto na tym zarobił? Pozostają tylko domysły.

Don Marco i jego synowie zabierają maczety, i znikają w zaroślach. Po kilku minutach taszczą świeżo ścięte zielone drągi, które przycinają, obwiązują lianą, mierzą, tu ciachną, tam coś poprawią i… voil, już jest stół! Toño rozpala ognisko. Roberto i nowy rozwieszają hamaki pomiędzy drzewami. Don Marco z po-bliskiego drzewa przynosi pęk liści i wkłada je do garnka.

– Będzie herbata – mówi.
– Nie mamy cukru – dodaje Toño. I znika. Nie ma go może dziesięć minut. Wraca z plastrem miodu.

Zagubione w dżungli miasta Majów

W ciągu stuleci zapomnienia korzenie drzew rozsadziły doskonale dopasowane do siebie kamienie budowli… (Fot. Anna Moszko)

Poranek. Ruszamy na eksplorację El Delirio.

– Tutaj, nad fasadą świątyni, archeolodzy znaleźli dysk słoneczny – wskazuje Don Marco.
– Jak duży był? – pytam.
– No… – odmierza rękami – stąd… aż tam. Bardzo duży.
– Skąd to wiesz?

Don Marco boi się, ale widzę, że im dłużej mnie zna, tym swobodniej się czuje w moim towarzystwie.

– Znam każdy kamień w tej okolicy – mówi w końcu.

Czytaj: Przetrzepałem każdy grobowiec, każdy dom i świątynię.

– Życie w Petenie jest ciężkie, nie ma pracy, ostatnio susze… Jeśli ktoś nie chce pracować dla mafii, to czasem nie ma wyboru… Przychodzi tutaj.

Mówią, że Don Marco ma sto lat, a może i więcej, bo jest leśnym chochlikiem i przez to może wyglądać młodziej. On sam śmieje się, kiedy to słyszy. W selwie nie zginie – zna każdą truciznę i każdą odtrutkę, potrafi ugotować zupę ze żmii. Miał jedenaścioro rodzeństwa. Żadne z nich nie chodziło do szkoły. W jego kręgach szkoła była luksusem, dostępnym głównie dla kreoli – potomków hiszpańskich najeźdźców. Jego rodzice mówili językiem itza, a nauczyciele w szkołach tylko po hiszpańsku. Po co miał tam chodzić? I kiedy, jeśli trzeba było pracować?

Społeczności indiańskie, zepchnięte na margines i wyzyskiwane jako tania siła robocza, nie zgromadziły dóbr materialnych, co przy dzisiejszej kapitalistycznej gospodarce pogłębia ich trudną sytuację. By nie popadać w coraz większą nędzę i nie uzależniać przeżycia od plonów, Majowie Itza skłonili się ku innym formom zarobku. Tutaj, w Petenie, mają dwie możliwości. Pierwsza to udział w przemycie kokainy z Kolumbii do Meksyku i dalej do Stanów Zjednoczonych. Druga – grabież i nielegalna sprzedaż pozostawionych przez starożytnych Majów zabytków i skarbów. Jakich skarbów? Królewskich klejnotów, ozdób, przedmiotów codziennego użytku – na przykład glinianych naczyń, rzeźb i płaskorzeźb. Z czasem Don Marco zaczyna mówić bardziej otwarcie.

– Łatwo znaleźć nabywcę?
– Łatwo.
– Ty go szukasz czy on ciebie szuka?
– On szuka. Pyta.
– A w wiosce mówią, co u kogo dostanie, tak?
– Tak.
– Skąd przyjeżdżają?
– Różnie.
– A ostatnio?
– Z Nowego Jorku. Taki pan z tłumaczem. Nie wiem, kto to był. Zazwyczaj się nie przedstawiają.
– Gdzie to później sprzedają?
– Nie wiem.

Najczęściej są to prywatni kolekcjonerzy, a kradzione obiekty zamieniają się w eksponaty przeznaczone dla zaledwie jednej pary oczu. Tego typu znaleziska można sprzedać na czarnym rynku za co najmniej kilka tysięcy dolarów. Na giełdzie w Nowym Jorku osiągają wartość kilkudziesięciu, nawet stu tysięcy. Jest to więc wielki interes zarówno dla miejscowych Indian, jak i dla przemytników wywożących nielegalnie peteńskie dziedzictwo kulturowe. Szacuje się, że z regionu znika co miesiąc około tysiąca starożytnych dzieł sztuki. Zdecydowana większość z nich nigdy nie ujrzy światła dziennego. Pomijając fakt niepowetowanych strat dla nauki, łatwo policzyć, że jest to handel opiewający na dziesiątki milionów dolarów każdego roku.

* * * * *

Do obozu wracamy po zmroku. Idziemy w milczeniu, kontemplując szum owadów, vibrato świerszczy i lepkość upalnej nocy. W pewnej chwili poruszenie w zaroślach. Przystajemy. Albo człowiek, albo zwierzę. Włączamy latarki. To coś w panice wyłania się z zarośli i skacze na najbliższe drzewo. Po chwili odwraca się w naszą stronę. Szczerzy kły i wytrzeszcza jaskrawożółte ślepia. Blask latarki rozprasza się w czarnej, gęstej nocy, gdzie trudno oddzielić las od nieba. Wydaje się, jakby te oczy, żółte, jaskrawe, pochłaniały całe snopy światła.

Jaguar.

Nasza obecność wyraźnie budzi w nim strach, więc zaczyna miotać się w koronie drzewa, skakać z jednej gałęzi na drugą. Czołówki go oślepiły, wyłączamy je. Kot przeskakuje na sąsiednie drzewo i znika w zawiesistych ciemnościach. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie spotkał człowieka.

Ostatni dzień wyprawy. Zwijamy obóz. Toño wpada na pomysł, żeby pokazać mi pobliską rzekę. Pojedziemy motocyklem, potem kilkadziesiąt metrów pokonamy pieszo. Wcześnie rano można tam spotkać zwierzęta, które wychodzą z dżungli napić się wody. Oznajmiamy ekipie, że spotkamy się po południu w Uaxactun.

No to w drogę. W przeciwną niż pozostali.

Nie jedziemy nawet pół godziny, gdy wyprzedza nas Pablo. Zatrzymuje się kilka metrów przed nami w poprzek drogi.

– Dalej nie jedziecie. Zawracajcie – oznajmia.

Konsternacja.

– No przecież powiedziałem – niecierpliwi się Pablo i zdejmuje strzelbę z ramienia, kładąc palec na spuście.
– Dlaczego? – pytam, ale tak ściśniętym głosem, że nie wiem, czy ktoś mnie słyszy.

Pablo patrzy na Toña. Toño na Pabla. I tak patrzą. Toño odpala motor i zawracamy. Pablo jedzie za nami. W milczeniu, po paru godzinach, dojeżdżamy do wioski Uaxactun, gdzie żegnamy się z Don Marco.

Pablo gdzieś zniknął. Nigdy więcej już go nie spotkam.

– Co tam się stało, wtedy, jak jechaliśmy nad rzekę?
– Kokaina – odpowiada Toño.

Anna Moszko, Poza utartym szlakiem,  wydawnictwo Mercator 2013

Anna Moszko


Komentarze: Bądź pierwsza/y