16 sierpnia 2010

Samotny marsz przez Salar de Uyuni – największą solną pustynię

Lans, luz i doświadczenie. To moje hasło :) (Fot. Kuba Fedorowicz)

Stany odmiennej świadomości

W tej sytuacji rozważałem całkiem na poważnie marsz przez całą kolejną noc. Taka wycieczka kondycyjna w warunkach pustynnych, czemu nie? :) Dokupiłem butelkę wody i o ósmej rano opuściłem wyspę, udając się w kierunku południowo-wschodnim.

Cóż, nie będę zanudzać Was tutaj relacja „minuta po minucie”. Powiem tylko tyle, ze szło się różnie. Czasem ciężko i nudno, czasem szybko, czasem coś pochłaniało moje myśli zupełnie i np. „budziłem” się po prawie trzech godzinach nieprzerwanego marszu. Innym razem siadałem na odpoczynek wcześniej, niż wynikało to by z jakiś tam moich założeń lub odpoczywałem przez dłuższy czas po prostu gapiąc się w ten nieziemski krajobraz, jaki mnie otaczał.

Wprowadzałem się w stan odmiennej świadomości. Nie wiem, czy można nazwać to technikami medytacyjnymi, ale efekt był podobny. Liczenie oddechów, marsz z zamkniętymi oczami, hiperwentylacja… Myślałem o wielu sprawach, prowadziłem ze sobą dialog, innym razem starałem się wyciszyć kompletnie…

Słońce nad Salar de Uyuni - największą światową pustynią solną. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Byłem już daleko od jakichkolwiek głównych szlaków wiodących przez salar. Wielokąty na powierzchni pustyni były idealne, nietknięte przez opony jeepow, a fioletowo-pomarańczowy blask zachodzącego słońca zmieniał barwę salaru nie do poznania. Czasem dało się zauważyć gdzieś w oddali jakiś stary ślad, ale ogólnie mogę powiedzieć, że byłem „zgubiony”. Wiedziałem mniej więcej gdzie jestem, jednak z mapą, jaką miałem, nie byłem w stanie dokładnie określić swojego położenia. Brak zaznaczonych szczytów, niedbałość wykonania, ogólna tandeta – to znaki rozpoznawcze boliwijskich map. Chciałbym poznać tutejszych kartografów. :)

Gdy słońce zaszło, w ciągu kilku minut zrobiło się bardzo chłodno. W dodatku zerwał się nieprzyjemny wiatr. Postanowiłem „sprawdzić sól” raz jeszcze i ku mojemu zdziwieniu pierwszy gwóźdź wszedł niemal do połowy swojej długości! Zorientowałem się, że musiałem trafić na grubszą warstwę soli w tej części pustyni.

Szybko rozbiłem namiot i schowałem się do środka. Starym, dobrze znanym wszystkim posiadaczom kiepskich śpiworów trickiem, zwiększyłem trochę termikę śpiwora – co mogłem to nałożyłem na siebie, a pozostałe, zapasowe ubrania wrzuciłem luzem do śpiwora. Zamek błyskawiczny jakoś udało mi się naprawić scyzorykiem, na kolację zjadłem pół tabliczki czekolady i tak przystąpiłem do wegetacji.

Ostatnie trzy godziny, tuż przed świtem, jak zwykle były najgorsze. Przeleżałem je na wpół śpiąc, na wpół próbując rozgrzać się w śpiworze, po czym, z przyjemnością wręcz, wyskoczyłem na zewnątrz, ażeby ogrzać się w promieniach wschodzącego słońca. W ramach śniadania przyjąłem godnie puszkę karmelu, zwanego tutaj dulce de leche i ruszyłem dalej.

Mój namiot o wschodzie słońca. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Urok boliwijskiej mapy

Wg moich obliczeń, łącznie do tej pory przeszedłem ok. 55 kilometrów. Oznaczało to, że ostatniego dnia do przejścia mam nie więcej niż 40 km. Czułem juz w nogach forsowne tempo, które sobie sam narzuciłem, wiec tego trzeciego dnia postoje były już dłuższe, gdyż więcej czasu potrzebowałem na regeneracje. Kręciłem też filmy. Głód mi nie przeszkadzał, ale mam wrażenie, że „głębiej” docierałem w tych próbach zmiany stanu świadomości.

Gdy zbliżał się zachód słońca zorientowałem się, że od trzech godzin nie użyłem kompasu, po prostu idąc przed siebie, uważając by „nie nadepnąć na linie” na podłożu, w mniej więcej słusznym kierunku, jak sądziłem. Po konsultacjach z mapą wyszło, że kierunek był tylko z grubsza słuszny i czekają mnie jeszcze co najmniej cztery godziny marszu, podczas gdy początkowo planowałem, że o tej porze będę już na mecie.

Metą tego dnia miał być zaznaczony nieśmiało na mojej mapie hotel solny. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Metą tego dnia miał być zaznaczony nieśmiało na mojej mapie hotel solny, gdzie miałem plan jakoś się przespać i przede wszystkim uzupełnić wodę, której zapasy pod wieczór niebezpiecznie skurczyły się do dna ostatniej butelki, a ja czułem, że się odwadniam. Temperatura może nie była najwyższa w czasie dnia, szedłem cały czas w polarze, ale właśnie w takich okolicznościach najłatwiej się odwodnić… W nocy było naprawdę zimno, ale widok salaru oświetlanego jasnym blaskiem księżyca i milionami gwiazd jest nie do zapomnienia…

Rozbłysk czerwieni na niebie, niesamowite wrażenie... (Fot. Kuba Fedorowicz)

Zacząłem iść w kierunku skraju pustyni, chciałem natrafić na jakiś ślad samochodowy, najlepiej główny szlak przecinający salar. Poprzedniego dnia pojazdów widziałem całkiem sporo, ze trzy nawet zatrzymały się i ich kierowcy pytali mnie, czy wszystko w porządku i czy niczego nie potrzebuję. Tego dnia, jak na złość, gdy kończyła mi się woda, nikt nie jeździł.

Gdy zapadła noc zobaczyłem światełka Uyuni i Colchani, które umożliwiły mi dokładniejszą orientację w terenie. Światełek było znacznie więcej, miałem wrażenie, że gdy tylko zapadła noc, na salarze zrobił się ruch jak na Marszałkowskiej. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby obserwować morze, zbliżając się do redy. Tylko, że te światełka poruszały się dużo szybciej niż statków.

Zacząłem mieć jakieś zwidy. Lampy samochodów zlewały się ze sobą, jedne poruszały się szybko, drugie wolno, najpierw widziałem je blisko, potem daleko by w końcu się okazało, że to jednak jakieś budynki… Przypomniałem sobie reakcje na zmęczenie niektórych znajomych na moim kursie przewodnickim, kiedy to zimą, w Beskidzie Niskim, wracając po ciężkiej, dwudniowej młócce gdzieś po krzakach, niektórzy zaczęli słabnąć, siadać bezradnie na śniegu i mówić coś o dziwnych ogniskach w lesie… Do takiego stanu jeszcze się nie doprowadziłem ale światła przestałem na wszelki wypadek obserwować już, bo nic z tego dobrego nie wyszłoby.

Teoretycznie mogłem rozbić namiot i przespać się, ale wg mapy powinienem być już w okolicach celu, a wizja cieplej herbaty dodawała mi sil. Zaskakujące, jakie można mieć trudności na pustyni przy znalezieniu konkretnego budynku :)

Niestety, po raz kolejny, tym razem boleśniej, przekonałem się o niedoskonałości boliwijskich map. Przesunięcie hotelu w terenie względem mapy wynosiło niemal 20 kilometrów… Przed godziną 23 stanąłem jednak w hallu luksusowego hotelu z soli.

Takiego przepychu się nie spodziewałem. Recepcja solnego hotelu. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Poproszę jeszcze wodę i… piwo

Takiego przepychu się nie spodziewałem – na podłodze granulowana sól, rzeźby, ściany, płaskorzeźby, kontuar na recepcji – wszystko z soli, a z jadalni dobiegają wesołe śmiechy amerykańskich bogaczy… Nie było to na pewno miejsce w typie schroniska. Recepcjonistka zwaliła mnie z nóg mówiąc, że ceny za nocleg zaczynają się od 65 USD. Sytuacja wyglądała raczej na beznadziejna, ale na swoją ogorzałą od słońca i wiatru twarz wrzuciłem uśmiech numer sześć, błysnąłem zębami, mrugnąłem okiem i rozpocząłem bajerę.. :) 

Widzi Pani, bo ja tu idę na piechotę z Inkahuasi, trzeci dzień, zmęczony jestem całkiem i wiem, ze nie pasuję za bardzo do towarzystwa, ale zależy mi tylko na jakimś kącie, mam karimatę, śpiwór, może mógłbym się przespać w jakimś rogu?

Recepcjonistka popatrzyła na mnie i zapytała ile jestem w stanie dać. Odpowiedz 30 boliwianów (15 zł) spuściła trochę z niej powietrze, ale piłka nadal była w grze. Powiedziała, że pójdzie się zapytać koleżanki. Po chwili wróciła z nowiną, że mogę dostać własny pokój, ze śniadaniem za… 50 boliwianów (25 zł)… W kieszeni miałem 100 boliwianów, ostatnie pieniądze. Niech się dzieje co chce, tu jest 50 bs za pokój, poproszę jeszcze wodę i … piwo :)

Tak gorącego prysznica to nie brałem od nie pamiętam kiedy! Zmarznięty, po trzech dniach na salarze, stałem z pół godziny w kabinie. W pokoju łóżka z soli, nocne lampki, ciepła pościel… no, po prostu miód. Tylko taki trochę słony.

Szczęśliwe zakończenie w solnym hotelu z piwkiem w ręku :) (Fot. Kuba Fedorowicz)

Piwo wypiłem ze smakiem, zjadłem ostatniego batonika, jaki mi został i poszedłem spać. To było godne zakończenie całej tej śmiesznej operacji! Następnego dnia zjadłem śniadanie w hotelu i na piechotę doszedłem do Colchani, która to wioska jest taką „bramą wjazdową” na Salar de Uyuni. Stamtąd udało mi się jakoś złapać stopa do Uyuni. Miałem szczęście, że akurat jeden z turystycznych jeepow nie był pełny, tak jak to zwykle ma miejsce…

I tak kończy się ta smutna historia… :) W sumie wyszło mi, ze przeszedłem mniej więcej 100 kilometrów. Na pewno będzie co wspominać, ale następnym razem przyjadę tutaj w lutym czy w marcu i wezmę tour jeepem. Po pierwsze dlatego, ze wtedy więcej można zwiedzić, po drugie, chciałbym zobaczyć salar przykryty tą cienką warstwą wody, gdy niebo zlewa się z podłożem, a po trzecie… hmmm, a może jak tu wrócę następnym razem, to w Uyuni będzie juz supermarket? :)

Po co to było wszystko? Sam teraz nie wiem. Ale to chyba rodzinne… Oto fragment rozmowy z moim Ojcem, tuż przed moim wyruszeniem na pustynie:  – A w ogóle to o co chodzi z tym salarem? – No, Tato… to najwieksza na swiecie pustynia solna. Nie wierze, że nie słyszałeś o Salarze de Uyuni… – Słyszeć to słyszałem, ale nie byłem i się nie wybieram. Przemierzałem za to Hamadę el Homra i też nie bardzo wiedziałem po co. Do dziś nie wiem…

* * * * *

Polecamy również film Kuby z szalonej wyprawy: Spacerkiem przez Salar de Uyuni

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Kuba Fedorowicz

Kuba Fedorowicz

Miłośnik sportów przestrzennych - treking, wspinaczka, skitoury, żeglarstwo itp. Inne pasje realizuje w czasie samotnej podróży autostopem po Ameryce Łacińskiej - mygrandtour.pl
Podobne artykuły
2000 kilometrów autostopowej żeglugi

2000 kilometrów autostopowej żeglugi

Chile ma opinie jednego z najlepszych do podróżowania autostopem krajów Ameryki Łacińskiej. Czy tak jest na pewno? Przeczytajcie relację Kuby Fedorowicza z liczącej 2000 km podróży....
Explore Apolobamba 2011 (cz. 2) – Do ataku!

Explore Apolobamba 2011 (cz. 2) – Do ataku!

Baza rozbita. Rano, kiedy się budzimy señor Juan już jest w ferworze przygotowań. Nie sądziłem, że lamy to takie dobre zwierzęta juczne. Juan ładuje na każde zwierzę po 20 kilogramów, a lamy lekko sobie narzekając dziarsko prą do przodu. ...
Explore Apolobamba 2011 (cz. 1) – Powrót do Boliwii

Explore Apolobamba 2011 (cz. 1) – Powrót do Boliwii

W 2009 roku odbyła się wyprawa Explore Apolobamba 2009, której sukcesem było zdobycie czterech dziewiczych szczytów oraz wierzchołka FAE 3 w boliwijskich Andach. Dwa lata później, wyrusza ekspedycja Explore Apolobamba 2011 z niemniej ambitnymi planam...
Zatańczył dla nas Evo

Zatańczył dla nas Evo

Z Cochabamby, w środkowej Boliwii, łapiemy autobus do Torotoro, małej górskiej mieściny, gdzie główną atrakcją mają być jaskinie, wąwozy i ślady dinozaurów. Jeszcze nie wiemy, że Torotoro szykuje nam prawdziwą niespodziankę, wisienkę na torcie naszej...

Komentarze: 1 »

Dodaj komentarz


PARNTERZY:Szkoły na końcu świataWyprawy z ReporteremWydawnictwo KarakterDobre Ziele