Samotny marsz przez Salar de Uyuni – największą solną pustynię
Stany odmiennej świadomości
W tej sytuacji rozważałem całkiem na poważnie marsz przez całą kolejną noc. Taka wycieczka kondycyjna w warunkach pustynnych, czemu nie? :) Dokupiłem butelkę wody i o ósmej rano opuściłem wyspę, udając się w kierunku południowo-wschodnim.
Cóż, nie będę zanudzać Was tutaj relacja „minuta po minucie”. Powiem tylko tyle, ze szło się różnie. Czasem ciężko i nudno, czasem szybko, czasem coś pochłaniało moje myśli zupełnie i np. „budziłem” się po prawie trzech godzinach nieprzerwanego marszu. Innym razem siadałem na odpoczynek wcześniej, niż wynikało to by z jakiś tam moich założeń lub odpoczywałem przez dłuższy czas po prostu gapiąc się w ten nieziemski krajobraz, jaki mnie otaczał.
Wprowadzałem się w stan odmiennej świadomości. Nie wiem, czy można nazwać to technikami medytacyjnymi, ale efekt był podobny. Liczenie oddechów, marsz z zamkniętymi oczami, hiperwentylacja… Myślałem o wielu sprawach, prowadziłem ze sobą dialog, innym razem starałem się wyciszyć kompletnie…
Byłem już daleko od jakichkolwiek głównych szlaków wiodących przez salar. Wielokąty na powierzchni pustyni były idealne, nietknięte przez opony jeepow, a fioletowo-pomarańczowy blask zachodzącego słońca zmieniał barwę salaru nie do poznania. Czasem dało się zauważyć gdzieś w oddali jakiś stary ślad, ale ogólnie mogę powiedzieć, że byłem „zgubiony”. Wiedziałem mniej więcej gdzie jestem, jednak z mapą, jaką miałem, nie byłem w stanie dokładnie określić swojego położenia. Brak zaznaczonych szczytów, niedbałość wykonania, ogólna tandeta – to znaki rozpoznawcze boliwijskich map. Chciałbym poznać tutejszych kartografów. :)
Gdy słońce zaszło, w ciągu kilku minut zrobiło się bardzo chłodno. W dodatku zerwał się nieprzyjemny wiatr. Postanowiłem „sprawdzić sól” raz jeszcze i ku mojemu zdziwieniu pierwszy gwóźdź wszedł niemal do połowy swojej długości! Zorientowałem się, że musiałem trafić na grubszą warstwę soli w tej części pustyni.
Szybko rozbiłem namiot i schowałem się do środka. Starym, dobrze znanym wszystkim posiadaczom kiepskich śpiworów trickiem, zwiększyłem trochę termikę śpiwora – co mogłem to nałożyłem na siebie, a pozostałe, zapasowe ubrania wrzuciłem luzem do śpiwora. Zamek błyskawiczny jakoś udało mi się naprawić scyzorykiem, na kolację zjadłem pół tabliczki czekolady i tak przystąpiłem do wegetacji.
Ostatnie trzy godziny, tuż przed świtem, jak zwykle były najgorsze. Przeleżałem je na wpół śpiąc, na wpół próbując rozgrzać się w śpiworze, po czym, z przyjemnością wręcz, wyskoczyłem na zewnątrz, ażeby ogrzać się w promieniach wschodzącego słońca. W ramach śniadania przyjąłem godnie puszkę karmelu, zwanego tutaj dulce de leche i ruszyłem dalej.
Urok boliwijskiej mapy
Wg moich obliczeń, łącznie do tej pory przeszedłem ok. 55 kilometrów. Oznaczało to, że ostatniego dnia do przejścia mam nie więcej niż 40 km. Czułem juz w nogach forsowne tempo, które sobie sam narzuciłem, wiec tego trzeciego dnia postoje były już dłuższe, gdyż więcej czasu potrzebowałem na regeneracje. Kręciłem też filmy. Głód mi nie przeszkadzał, ale mam wrażenie, że „głębiej” docierałem w tych próbach zmiany stanu świadomości.
Gdy zbliżał się zachód słońca zorientowałem się, że od trzech godzin nie użyłem kompasu, po prostu idąc przed siebie, uważając by „nie nadepnąć na linie” na podłożu, w mniej więcej słusznym kierunku, jak sądziłem. Po konsultacjach z mapą wyszło, że kierunek był tylko z grubsza słuszny i czekają mnie jeszcze co najmniej cztery godziny marszu, podczas gdy początkowo planowałem, że o tej porze będę już na mecie.
Metą tego dnia miał być zaznaczony nieśmiało na mojej mapie hotel solny, gdzie miałem plan jakoś się przespać i przede wszystkim uzupełnić wodę, której zapasy pod wieczór niebezpiecznie skurczyły się do dna ostatniej butelki, a ja czułem, że się odwadniam. Temperatura może nie była najwyższa w czasie dnia, szedłem cały czas w polarze, ale właśnie w takich okolicznościach najłatwiej się odwodnić… W nocy było naprawdę zimno, ale widok salaru oświetlanego jasnym blaskiem księżyca i milionami gwiazd jest nie do zapomnienia…
Zacząłem iść w kierunku skraju pustyni, chciałem natrafić na jakiś ślad samochodowy, najlepiej główny szlak przecinający salar. Poprzedniego dnia pojazdów widziałem całkiem sporo, ze trzy nawet zatrzymały się i ich kierowcy pytali mnie, czy wszystko w porządku i czy niczego nie potrzebuję. Tego dnia, jak na złość, gdy kończyła mi się woda, nikt nie jeździł.
Gdy zapadła noc zobaczyłem światełka Uyuni i Colchani, które umożliwiły mi dokładniejszą orientację w terenie. Światełek było znacznie więcej, miałem wrażenie, że gdy tylko zapadła noc, na salarze zrobił się ruch jak na Marszałkowskiej. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby obserwować morze, zbliżając się do redy. Tylko, że te światełka poruszały się dużo szybciej niż statków.
Zacząłem mieć jakieś zwidy. Lampy samochodów zlewały się ze sobą, jedne poruszały się szybko, drugie wolno, najpierw widziałem je blisko, potem daleko by w końcu się okazało, że to jednak jakieś budynki… Przypomniałem sobie reakcje na zmęczenie niektórych znajomych na moim kursie przewodnickim, kiedy to zimą, w Beskidzie Niskim, wracając po ciężkiej, dwudniowej młócce gdzieś po krzakach, niektórzy zaczęli słabnąć, siadać bezradnie na śniegu i mówić coś o dziwnych ogniskach w lesie… Do takiego stanu jeszcze się nie doprowadziłem ale światła przestałem na wszelki wypadek obserwować już, bo nic z tego dobrego nie wyszłoby.
Teoretycznie mogłem rozbić namiot i przespać się, ale wg mapy powinienem być już w okolicach celu, a wizja cieplej herbaty dodawała mi sil. Zaskakujące, jakie można mieć trudności na pustyni przy znalezieniu konkretnego budynku :)
Niestety, po raz kolejny, tym razem boleśniej, przekonałem się o niedoskonałości boliwijskich map. Przesunięcie hotelu w terenie względem mapy wynosiło niemal 20 kilometrów… Przed godziną 23 stanąłem jednak w hallu luksusowego hotelu z soli.
Poproszę jeszcze wodę i… piwo
Takiego przepychu się nie spodziewałem – na podłodze granulowana sól, rzeźby, ściany, płaskorzeźby, kontuar na recepcji – wszystko z soli, a z jadalni dobiegają wesołe śmiechy amerykańskich bogaczy… Nie było to na pewno miejsce w typie schroniska. Recepcjonistka zwaliła mnie z nóg mówiąc, że ceny za nocleg zaczynają się od 65 USD. Sytuacja wyglądała raczej na beznadziejna, ale na swoją ogorzałą od słońca i wiatru twarz wrzuciłem uśmiech numer sześć, błysnąłem zębami, mrugnąłem okiem i rozpocząłem bajerę.. :)
Widzi Pani, bo ja tu idę na piechotę z Inkahuasi, trzeci dzień, zmęczony jestem całkiem i wiem, ze nie pasuję za bardzo do towarzystwa, ale zależy mi tylko na jakimś kącie, mam karimatę, śpiwór, może mógłbym się przespać w jakimś rogu?
Recepcjonistka popatrzyła na mnie i zapytała ile jestem w stanie dać. Odpowiedz 30 boliwianów (15 zł) spuściła trochę z niej powietrze, ale piłka nadal była w grze. Powiedziała, że pójdzie się zapytać koleżanki. Po chwili wróciła z nowiną, że mogę dostać własny pokój, ze śniadaniem za… 50 boliwianów (25 zł)… W kieszeni miałem 100 boliwianów, ostatnie pieniądze. Niech się dzieje co chce, tu jest 50 bs za pokój, poproszę jeszcze wodę i … piwo :)
Tak gorącego prysznica to nie brałem od nie pamiętam kiedy! Zmarznięty, po trzech dniach na salarze, stałem z pół godziny w kabinie. W pokoju łóżka z soli, nocne lampki, ciepła pościel… no, po prostu miód. Tylko taki trochę słony.
Piwo wypiłem ze smakiem, zjadłem ostatniego batonika, jaki mi został i poszedłem spać. To było godne zakończenie całej tej śmiesznej operacji! Następnego dnia zjadłem śniadanie w hotelu i na piechotę doszedłem do Colchani, która to wioska jest taką „bramą wjazdową” na Salar de Uyuni. Stamtąd udało mi się jakoś złapać stopa do Uyuni. Miałem szczęście, że akurat jeden z turystycznych jeepow nie był pełny, tak jak to zwykle ma miejsce…
I tak kończy się ta smutna historia… :) W sumie wyszło mi, ze przeszedłem mniej więcej 100 kilometrów. Na pewno będzie co wspominać, ale następnym razem przyjadę tutaj w lutym czy w marcu i wezmę tour jeepem. Po pierwsze dlatego, ze wtedy więcej można zwiedzić, po drugie, chciałbym zobaczyć salar przykryty tą cienką warstwą wody, gdy niebo zlewa się z podłożem, a po trzecie… hmmm, a może jak tu wrócę następnym razem, to w Uyuni będzie juz supermarket? :)
Po co to było wszystko? Sam teraz nie wiem. Ale to chyba rodzinne… Oto fragment rozmowy z moim Ojcem, tuż przed moim wyruszeniem na pustynie: – A w ogóle to o co chodzi z tym salarem? – No, Tato… to najwieksza na swiecie pustynia solna. Nie wierze, że nie słyszałeś o Salarze de Uyuni… – Słyszeć to słyszałem, ale nie byłem i się nie wybieram. Przemierzałem za to Hamadę el Homra i też nie bardzo wiedziałem po co. Do dziś nie wiem…
* * * * *
Polecamy również film Kuby z szalonej wyprawy: Spacerkiem przez Salar de Uyuni















Show me your way - w poszukiwaniu znaczeń szczęścia
Poland Trek - Belg przemierza Polskę od Tatr po Bałtyk
Pamir Bikeway 2012 - Azja Centralna rowerem i koleją
Na Krańcach Świata - Agnieszka i Mateusz Waligóra w podróży na krańce świata.
Magda i Tomek dookoła świata - poznanie świata, poznanie siebie
Korona Jezior Ziemi - badania najwyżej położonych jezior na Ziemi
Rowerowa Rosja - na dwóch kółkach przez wielki kraj
Tańce wśród piratów - Magda i Marcin tanecznym krokiem szukają skarbu
Pomiędzy Oceanami - Rodzina Bez Granic w Ameryce Środkowej
Gap year in Kunming - chińska przerwa w życiorysie
Z tatą na Igrzyska - rowerami do Londynu
Torell Expedition 2012 - śladami polskich wypraw na Spitsbergen
Na Własne Oczy - zobaczyć, co świat ma do zaoferowania
project:Sailing - rejs dookoła Bałtyku
Klapki Kubota State of Mind - przed siebie w kierunku wschodnim
Shangri-la - Jarek Czakański w podróży
Oblicza Gruzji - niesamowita różnorodność kraju
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika



swoją drogą to polecam film z tego wydarzenia – http://mygrandtour.pl/pol-salaru-de-uyuni-z-polbuta-pol-zartem-i-pol-serio/
pozdrawiam! :D