Słabe blogi są słabe


Anna i Thomas Alboth


Większość pisze o tym samym. Te same dziesięć najpiękniejszych plaż i dziesięć przedmiotów, bez których nie da się wyruszyć w podróż. Piszą z tych samych co-workingowych kawiarni, wrzucając te same cytaty z Lonely Planet. To blogerzy podróżniczy.

To światowy trend. Nie tylko polski. Rynek blogów podróżniczych w ostatnich latach skręca, i to niestety w stronę ilości, a nie jakości. Bez problemu można znaleźć wskazówki Jak zostać znanym blogerem podróżniczym?, Jak zarabiać na blogu? i O czym pisać, żeby cię czytali?

* * * * *

O czym pisać? O tym, co ludzie chcą czytać! Tak mówi internet. I tak to rozumieją najbardziej popularni blogerzy, pracujący „w branży podróżniczej”. – No coś ty, nie jestem podróżnikiem! – mówi mi jeden, znany, zarabiający ok. sześciu tysięcy euro miesięcznie. – Nie nazwałbym się nawet blogerem podróżniczym. Ja to nawet… średnio lubię podróże – zdradza po trzecim piwie.

Te piwa były w Niemczech, a ja byłam zadziwiona. – Jak to? – pytałam sama siebie. – To wielki bloger podróżniczy, którego obserwuje kilkadziesiąt tysięcy fanów, nie lubi nawet podróżować?!

Bloger ten, tak jak kilkunastu innych, których poznałam w ostatnich latach, w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Polsce też, w prowadzeniu bloga podróżniczego węszy biznes. Droga nie jest taka trudna: przeczytaj wszystko na ten temat, obierz strategię, zainwestuj w programy i siup.

Polecamy: 8 mitów, które szkodzą podróżowaniu

Pisz o tym, o czym ludzie chcą czytać. A najpierw sprawdź, jak dużą twój blog ma szansę, żeby zaistnieć w danym temacie (tak, są do tego programy). Jest po polsku? Ok. Gdzie jeżdżą Polacy? Do Chorwacji, Grecji, Egiptu, Hiszpanii, czasem Tajlandii, najczęściej po Polsce. W które rejony Polski? Na Mazury i w Tatry. Czego szukają na Mazurach? Załóżmy, że mądry program podpowiada nam, że nasz blog ma szansę zaistnieć (czyli być dobrze wypozycjonowanym) w temacie „rodzinnych parków rozrywki na Mazurach”. No to co robię? Jadę na Mazury, odwiedzam parki i piszę właśnie o nich. Znam takich, co latają do Tajlandii, żeby zrobić właśnie tę jedną rzecz, która ściągnie na ich bloga tysiące czytelników.

Co się czyta? Rankingi: 10 fajnych tras, 10 miejsc do rozbicia namiotu, 10 kierunków podróży w 2016 roku… Wpisy poradnikowe: jak zaoszczędzić pieniądze, jak podróżować z dzieckiem samolotem, jak spakować plecak… No i wpisy z negatywnym zabarwieniem: ah, to PKP!, najbrudniejsze hostele, niebezpieczne zakątki Azji…

* * * * *

Nie jestem wielkim ekspertem, ale obserwuję rynek polskich blogów podróżniczych od ponad sześciu lat. I mam wrażenie, że po tym wielkim buuuuumie ostatnich lat, niedługo ludzie zmęczą się czytaniem blogów. Zostaną ze swoimi ulubionymi, a kolejnym, tym nowym, będzie coraz trudniej zaistnieć. No bo jak napisać inaczej o tym, że „rzucili pracę i udali się w podróż swojego życia”, albo „pojechali śladami X”, albo „wbrew stereotypom, podróżują z całą rodziną”.

Z jednej strony: ilość pracy włożonej w profesjonalne prowadzenie blogów podróżniczych rośnie (bo blogerzy wymieniają się doświadczeniem, tworzą grupy wsparcia, czyli na przykład lajkowania siebie wzajemnie, żeby przebić się szybciej przez reguły facebooka, jeżdżą na konferencje, oglądają webinaria), z drugiej: naprawdę nie jest trudno dostrzec tricki kopiuj-wklej z Wikipedii, Lonely Planet czy innych blogów (wiem, bo też czasem czytam i Wikipedię, i Lonely Planet, i zdarza mi się zobaczyć moje własne zdania, gdzieś w sieci). Coraz częściej na blogach pojawiają się świetne zdjęcia z… Flickra czy Wikipedii (no i niby nie ma w tym niczego złego, ale…). Coraz częściej wpisy wiążą się tylko i wyłącznie ze współpracą komercyjną (skąd wiem? bo wiem, jakie oferty od firm sama dostaję, jakie były warunki i pomysły, które nagle, spontanicznie, pojawiają się u innych).

Ale, kurcze, no. Prowadzenie bloga podróżniczego to też jakaś odpowiedzialność. Przecież jesteśmy, koledzy blogerzy, dużą częścią marketingu turystycznego (tak jak i billboardy biur podróży, czy praca promocyjna izb turystyki regionów). Czemu ciągle chcemy się powtarzać? Czemu nie odkryć nowych miejsc, albo chociaż nowego na nie spojrzenia? Czemu pokazywać tylko piękne plaże i uśmiechnięte buźki? Przecież w miejscach, które odwiedzamy czasem też pada, jest brudno albo smutno. Czemu prawdy nie pokazywać?

Mam wrażenie, że prowadząc takie upiększone-kopiowane pocztóweczki, tylko zakrzywiamy rzeczywistość. Nasz czytelnik, jadąc w miejsce X, niekoniecznie będzie podziwiał i odkrywał prawdziwe widoki czy urok miejsca, ale będzie się skupiał na tym, o czym czytał już u nas i u innych. A jeśli u nas i u innych będzie wciąż te same dziesięć najpiękniejszych plaż – to on zobaczy aż, i tylko, te dziesięć najpiękniejszych plaż.

Z jednej strony wszyscy szukają autentyczności, lokalnych, prawdziwych momentów, prawdy, tradycji, miejsc so-called nieturystycznych, śmieją się z wczasów all-inclusive i zorganizowanych wycieczek wynajętymi jeepami, a z drugiej: kończą w tych samych hostelach, nawet w najmniejszej wiosce Gwatemali. Pijąc zimne importowane piwo i rozmawiając po angielsku. Co więcej, ten hostel pewnie też należy do Europejczyka albo wesołego surfera z Australii.

A zajrzyjmy na blogi. Na ilu z nich, na ilu zdjęciach, zobaczycie lokalnych mieszkańców? Jaki procent tych zdjęć to sami podróżujący, widoczki lub inni podróżujący? A jeśli już lokalni mieszkańcy – na ilu zdjęciach są sami, a na ilu z podróżnikiem? Ile blogerów daje u siebie jakąś przestrzeń lokalnym mieszkańcom? Ich punkt widzenia? Ich spojrzenie?

A ile to podpowiedzi i tricki: jak sobie gdzieś sprytnie poradzić, jak obejść kolejkę, kupić coś taniej, wziąć darmowy prysznic? Ile nudnych historyjek, zaskoczeń rzeczami oczywistymi (moim zdaniem, żeby jechać – powinno się wiedzieć dokąd się jedzie, dlaczego, do kogo, jaki ten ktoś jest, czym mogę go urazić, jak mogę mu nie zaszkodzić), płytkich konkluzji?

Ja też nie jestem bez grzechu. Też piszę o rzeczach oczywistych, nie zawsze mam czas przygotować się do wyjazdu i wrzucam zdjęcia swoich dzieciaków na bloga. Ale staram się. Zaznaczam wpisy, które powstały w ramach współpracy. Nie piszę o sprzętach, których nie testowałam. Ani o książkach, których jeszcze nie przeczytałam. A jeśli będę chciała napisać o dziesięciu najpiękniejszych plażach, ale spodoba mi się tylko dziewięć, to przysięgam, że napiszę tylko o dziewięciu.

Czujmy odpowiedzialność. W kreowaniu oczekiwań turystów. Bo lokalni mieszkańcy właśnie tym oczekiwaniom muszą sprostać, żeby turyści byli zadowoleni i nie przestali w dane miejsce przyjeżdżać i zostawiać pieniędzy. Jeśli chcemy być medium, bądźmy mądrym medium. Potrzeba nam teraz takich.

Anna i Thomas Alboth


Wraz z Tomem tworzą polsko-niemiecką parę dziennikarz-fotograf. Podróżują z Hanią i Milą. Prowadzą bloga, czytanego już w ponad stu pięćdziesięciu krajach: The Family WithoutBorders.

Komentarze: 31

Daniel Kornas 16 maja 2016 o 13:05

Myślę, że największym problemem jest zupełny brak odpowiedzialności blogerów za to co piszą. Ilość i śmieciowe, powielane treści – OK, to też problem ale nie niesie to aż takich szkód jak promowanie nieodpowiedzialnej turystyki (trudniej znaleźć coś ciekawego i odkrywczego ale da się).
Najgorsze są wszystkie blogi, fanpage „na krzywy ryj”, które chyba są teraz najpopularniejsze. Ludzie latający z telefonami na kijach przez cały wyjazd i traktujący lokalsów jako scenografię do ich opowieści. Często z resztą ich komentarz który mówią po polsku (a którego lokalsi wiadomo nie rozumieją) tych ludzi wyśmiewa, traktuje podmiotowo.

Niestety przez taki wysyp blogów podróżniczych, portali z tanimi lotami i ogromnej dostępności biletów na wyjazdy ludzie jeżdżą coraz mniej przygotowani. OK – sam tak jeździłem i zdarza mi się jeździć ale zachowuje mega dystans do tego co robię na miejscu a już obowiązkowo jak nie mam czasu na czytanie ksiażek to biorę w ręce ten znienawidzony przez podróżników Lonely Planet.
Blog podróżniczy napisze ze Iran jest super, za darmo, ludzie zapraszają, daja jedzenie, taxi za darmo ale nie napisze, że jest coś takiego jak T’aarof. I sam byłem świadkiem blogerów podrózników, którzy pewnie po lekturach takich tekstów przyjechali do iranu i móili jak to wszystko jest za darmo. To trwale niszczy zachowania ludzi na miejscu. Przykłady można powielać. Ja głównie obracam się w rejonach Zakaukazia i tam np w Gruzji z kolei jest presja na supry, wszyscy chcą pochlać i najeść się za darmo. To jest straszne co się dzieje.

Nie podróżuję od dawna, raptem od może 6-7 lat ale pamiętam, że wtedy blogi dopiero zaczynały raczkować i ludzie naturalnie trochę ze strachu przed nowym, troche z pokory zanim gdzieś pojechali więcej czytali i się przygotowywali. Przekaz, który idzie z większości blogów – jedź, nei zastanawiaj sie, świat jest otwarty, nie bój sie, autostopem za 500/200/100 zł sprawia, że dzieje sie, jak sie dzieje. A wystarczyłoby zerknąć na przewodnik, stronę msz (choc to raczej kwestie bezpieczeństwa), czy poświęcić kilka godzin na znalezienie w necie jakichś zasad, które obowiązują w danym kraju.

I to jest główny problem blogów moim zdaniem. Co innego jak osoba anonimowa pojedzie sobie gdzieś bez przygotowania i popełni gafy, zrobi coś czego nie powinna, a co innego jak ktoś to opisze, trafi to do dziesiątek tysięcy ludzi i jeszcze będize z tego dumny – bo nie jest świadomy.

A te rankingi TOP 10, TOP 100 to nie są aż takie złe :P Lecę do Kazachstanu w czerwcu i zaraz będę sobie szukał w Google „najwieksze atrakcje kazachstanu” i ja z tym problemu nie mam. Inna sprawa, że nie będę jeździł od atrakcji do atrakcji i dla mnie większą atrakcja na pewno będzie coś innego niż blogera X i bardziej mi zależy na rozmowie z ludźmi bez konkretnego planu ale akurat ogólny zarys tego co jest np naj lubię gdzieś w głowie mieć. Nawet tak sobie myślę, że lepiej miejsc dziewiczych, nieodkrytych a szczególnie ,gdzie do ludzi lokalnych nie dotarła masowa turystyka na blogach nie opisywać. Bo co im przyjdzie z odwiedzin takiego turysty? Zrobi sobie jeden, czy drugi zdjęcie , posiedzi chwilę i pójdzie, tak będzie w większości przypadków, szczegolnie jeżeli opisze to blog na krzywy ryj, który jest obserwowany przez ludzi, którzy pewnie mają podobne podejście. Co innego gdyby przyjechał tam ktoś kto z takiego wyjazdu zrobi jakąś wartość dodaną – nie wiem jakieś badania lokalnej społeczności, ich zwyczajów, bez wpieprzania się w ich życie. Podobnie z miejscami z dużymi walorami przyrodniczymi.

Odpowiedz

Łapa 16 maja 2016 o 13:37

Nie dramatyzowałbym. Popyt, podaż, wolny rynek. Większość blogów nie ma głębokich treści bo nie ma na nie chętnych. Można próbować z tym walczyć, ale do tego potrzeba edukacji. Proces powolny, wymagał będzie pewnie kilku pokoleń. Tymczasem mamy zatrzęsienie wpisów ‚tu byłem to zjadłem’. Jak się nie podoba wystarczy nie czytać.
Scena blogowa się zmienia, blogerzy dorastają a w raz z nimi treść. Przykładem jest paragon z podróży. Polecam porównanie paragonowych wpisów z głębokich początków i tych dzisiejszych.
Pamiętajmy że blog podróżniczy to nie reportaż, ciężko oczekiwać treści i przemyśleń na poziomie Kapuścińskiego czy Stasiuka.

Odpowiedz

Ania | PrimoCappuccino 16 maja 2016 o 14:31

Niewiele jest blogów podróżniczych, które sama czytam. Raz, że czasu mam mało, bo jak się chce podróżować i jeszcze samemu zarażać niszowym podejściem do podróży kolejne osoby, to się nie ma czasu podpatrywać (porównywać i powielać) innych. Dwa, nie czytam właśnie z powodu płytkości i tego, że „wszystko już było”. Więc na samym początku wyryłam sobie w mózgu, żeby pisać, jak jeszcze nikt nie napisał. Żeby siebie i innych nie męczyć, a fascynować tematem, takim jaki jest, a nie jaki chcielibyśmy, żeby był ;)

Odpowiedz

Lidka 16 maja 2016 o 14:33

Aniu, nieoznaczanie tekstów sponsorowanych w odpowiedni sposób jest nie tylko nieetyczne ale i niezgodne z prawem. Tak jak w serialu w TV obowiązkowy jest napis „lokowanie produktu” gdy główna bohaterka ostentacyjnie smaruje sobie kanapkę Nutellą (bo wiadomo, że Ferrero Rocher za tę wstawkę zapłaciło). Jeśli jakiś bloger ten obowiązek bagatelizuje, to powinien się tym zająć UOKiK. Kameralność blogów daje czytelnikom poczucie, że autor to ich znajomy więc wzrasta poziom zaufania. Do tego dochodzi autorytet i (coraz częściej złudne) poczucie, że jak ktoś się na jakiś temat w internecie wypowiada to jest specem w dziedzinie. Czytelnik ma prawo wiedzieć czy bloger chwali coś dlatego, że rzeczywiście tego używa i jest zadowolony czy może to tylko kampania reklamowa. Są blogerzy, którzy nie obawiają się napisać, że coś dostali w prezencie, czy że biorą udział w kampanii, ale oni zazwyczaj szereg innych ofert reklamowych odrzucają. Ci którzy reklamują wszystko „jak leci” doskonale zdają sobie sprawę że oznaczanie postów jako reklamy szybko pozbawiłoby ich zaufania czytelników, bo tych reklamowych postów byłoby zwyczajnie za dużo. Po jakimś czasie i tak wypadnie to zupełnie bez sensu – jednego dnia polecą super extra hiper namiot (drogi, ale tak skoro używają go przy okazji każdej podróży to się opłaca), a innego napiszą, że każdy jeden wyjazd organizują przy pomocy określonej wyszukiwarki hoteli. Mnie, czytelniczkę, taka niekonsekwencja by zniechęciła.

Co do pauperyzacji blogosfery podróżniczej, to można się było tego spodziewać ;) Kiedy pierwszy raz w sposób bardziej „ambitny” wyjechałam za granicę, miałam poczucie, że tyle wiem, że tyle zobaczyłam i że się świetnie znam na tym określonym wycinku świata. Wydawało mi się też, że to, że drugiego dnia weszłam na taaaką górę, a czwartego popłynęłam na jakąś wysepkę dla innych jest co najmniej tak samo ekscytujące jak dla mnie. Myślę, że wielu tak ma ;) U mnie refleksja pojawiła się właśnie dzięki słabym blogom podróżniczym. No nie da się czytać tych nudnych postów „Wstaliśmy o 9:00, zjedlimy śniadanie, poszliśmy do muzeum, jak wyszliśmy to jedliśmy obiad a na końcu mieliśmy drzemkę i byliśmy na targu z rybami”. W „Keeping up with the Kardashians” przynajmniej są jakieś dramy, a tu tylko poczucie blogera, że każdego musi interesować jak długo łapał stopa :P

Poza tym łatwe treści = więcej czytelników. Jakie książki się lepiej sprzedają, „50 twarzy Greya” czy reportaże Swietlany Aleksijewicz? Na jakie filmy ludzie masowo chodzą do kina? Na te co dostają Złote Palmy, czy raczej oskarowe produkcje? To, że blog opiera się na opisach dnia autora czy 10 najlepszych XXX, to jeszcze nic strasznego. Większość ludzi i tak by nie była zainteresowana ambitniejszymi treściami. Gorzej jak autor nazbiera tych kilku czy kilkunastu tysięcy obserwatorów i tłoczy im do głowy np. jakieś rasistowskie bzdury albo daje porady w stylu „Jak to zrobić żeby ci naiwni Gruzini nas nakarmili i pozwolili się za darmo przekimać” – to jest prawdziwy ból i problem.

Odpowiedz

Paweł Cywiński (post-turysta.pl) 16 maja 2016 o 15:03

Dzięki za ten tekst. Jest on bardzo ważny, ponieważ wypływa z wewnętrza środowiska blogerów.

Odpowiedz

Ktoś 16 maja 2016 o 15:06

Sam myślałem, że otworzyć swojego bloga, bo trochę podróżuję, ale właśnie ze względu na zalew blogów podróżniczych – odpuściłem. Aż tak często nie jeżdżę, żeby był stały i dobry content, a pustek nie chciałem wypełniać właśnie pseudo-radami, jak się spakować itp.

O tym, że blog podróżniczy się dewaluuje przekonałem się na przykładzie Gruzji. Byłem w niej kilka razy (jak to się mówi nim to było modne, czyli przed lotami wizza do Kutaisi) i trochę temat znam, ale to, co się wydarzyło w tej sferze to porażka. Każdy, po jednym wypadzie, jest już znawcą i miłośnikiem Gruzji, a wystarczy pobieżna lektura takiego bloga, by dowiedzieć się, że guzik autor wie, bo potyka się na pierwszej przeszkodzie – transkrypcji nazw własnych. Raz pisze je z angielska, raz z polska. Na Peronie4 też znalazłem taką relację – pełną błędów – gdzie autorów poniosło, pisząc, że stare miasto w Tbilisi jest zniszczone przez działania wojenne prowadzone na początku lat 90. w czasie konfliktu abchasko-gruzińskiego. Co jest kompletnym kłamstwem, ale posłużyło do „ubarwienia” historii.

Takich „ubarwień” jest masa na takich blogach, które opierają się głównie na wikipedii, na części swoich przeżyć, a także na kopiowaniu innych wpisów z blogów konkurencji. Umówmy się – 98 proc. blogów podróżniczych w Polsce to śmieci. Wymieniłbym może jeden, którego autora znam osobiście, gdzie widać, że każdy wpis powstaje po długiej pracy, jest oparty na własnych fotografiach i przeżyciach z dodatkiem solidnego know-how na temat terenu, o którym traktuje. Reszta to powierzchowne kalki tego, co można znaleźć w sieci.

Odpowiedz

Magdalena 16 maja 2016 o 15:24

Chyba do teraz nie wierzyłam, że ludzie mogą prowadzić bloga nie lubiąc podróży albo wybierać kierunek ze względu na popularność późniejszych wpisów.
Polecam fajny wywiad z Łukaszem, (http://www.timteller.pl/droga-opiekuje-sie-toba-jezeli-zaufasz/?utm_content=buffer0faf1&utm_medium=social&utm_source=facebook.com&utm_campaign=buffer) o tym, że zapominamy dla kogo podróżujemy i właściwie po co. Udostępniłam go na swoim blogu, na którym ciężko mi się ostatnio pisze, właśnie dlatego, że trudno jest znaleźć coś, czego jeszcze nie było, co wniesie jakąś wartość w to morze informacji turystycznych. Mimo że powstał on głównie dla spisywania wspomnieć i miał pomagać, w trudnych chwilach, zawsze pojawia się pokusa, żeby zrobić coś, by może ktoś więcej go czytał. Pytanie gdzie jest ta linia? Czy współpraca ze sponsorem, a może sponsorowany link na fb? Ktoś powie, że zapraszanie do polubienia strony jest złe, a inny stwierdzi, że w wybraniu celu wyprawy pod czytelników nie ma nic złego. Nie zmusimy nikogo do podniesienia poziomu treści, możemy liczyć, że czytelnik wybierze właściwie.
Odpowiedzialność? Pojawia się w momencie stawiania danego miejsca w dobrym jak i złym świetle. Lekceważenie lokalnych ludzi, obyczajów, próby wykorzystania? To już inna bajka, która zasługuje jedynie na potępienie. „Podróże kształcą? Tak, ale tylko wykształconych ludzi”, otwartości czy wrażliwości, chyba nie da się nauczyć człowieka dorosłego. Szczególnie takiego, który oczekuje, za tę otwartość i wszelkie trudy, nagrody, najlepiej w postaci pieniężnej.
Co do praktycznych postów to od czasu do czasu się przydają, sama z nich korzystam, bo ufam blogerom bardziej niż przewodnikom, ale może nie powinnam?

Odpowiedz

Ktosik 16 maja 2016 o 15:50

czyżby pewne motyle Ci chodziły po głowie? XD
Nie rozumiem braku pewnego „zaangażowania” u blogerów podróżniczych, bo tak jak piszesz mają wpływ na dokonywane wybory przez tysiące osób…

Odpowiedz

Justyna | Admiring Diversity 16 maja 2016 o 15:56

Ja tam swojego bloga prowadzę hobbystycznie. Służy mi do zapamiętania pięknych momentów z mojego życia, bo pamięć mam kiepską. Zdjęć tubylców mam jak na lekarstwo, ponieważ wstydzę się fotografować ludzi, po prostu. Zdjęć ze sobą też mam niewiele, bo nie lubię być fotografowana.
Twój tekst dał mi do myślenia. Od zawsze zadaję sobie pytanie, czy moje treści są na poziomie. Wstyd mi, kiedy nie uda mi się dokopać tak głęboko, jakbym chciała. Staram się i daję z siebie wszystko, choć zdaję sobie sprawę, że do profesjonalnych podróżników jest mi jeszcze daleko ;) Po raz kolejny w siebie wątpię ;)

Odpowiedz

_lena 16 maja 2016 o 16:16

Bawi mnie wieczne czytanie popularnych blogerów, którzy z wyższością piszą kiedy inni, początkujący blogerzy nie piszą niczego odkrywczego. Jasne treści na blogu powinny być przefiltrowane przez wrażliwość osoby piszącej i powinno być jak najwięcej jej spostrzeżeń odnośnie odwiedzanych miejsc, ale nikt z nas nie jest podróżnikiem, a co dopiero odkrywcą. Tylko tutaj wpada się w pułapkę bycia bacpacker’em z przewodnikiem Lonely Planet pod pachą, który gardzi bardzo turystycznymi miejscami, a tak naprawdę podąża bardzo już dzisiaj turystycznymi szlakami polecanymi przez znany przewodnik.

Odpowiedz

Erynia w trasie 16 maja 2016 o 16:58

Justyna,
To, że nie jesteś profesjonalnym podróżnikiem, czy nie prowadzisz bloga w sposób (cokolwiek to oznacza) profesjonalny, nie jest jeszcze powodem do zwątpienia. Ja również współprowadzę bloga, który jest dla mnie i moich bliskich źródłem wspomnień a nie utrzymania. Nie widzę powodu, by się tego wstydzić. Zamiast przepisywać Wiki czy Kaukaz.pl (tak, też byłam w Gruzji) wolę dorzucić stosowny link i skupić się na tym, co faktycznie przeżyłam, nawet jeżeli nie są jakieś fajerwerki. Mam świadomość, że nasze treści będąc dla nas ważne, niekoniecznie muszą być atrakcyjne dla innych. Z tego też powodu nigdy nie startowałam w żadnych rankingach czy konkursach blogów podróżniczych. Nie ta liga.
Zdjęć mamy aż za dużo ale rzadko kiedy z serii „JA i …” piramidy / mur chiński / Luwr / wstaw dowolne. Nie pretendujemy też do miana znawców danego kraju czy regionu – nawet po kilku podróżach w dane miejsce, byłoby to dla mnie sporym nadużyciem. Nie fotografujemy nachalnie mieszkańców (nie lubię słowa „lokals”), zwłaszcza gdy sobie tego nie życzą, za to staramy się z nimi rozmawiać. Z każdej podróży wracam z coraz większym przeświadczeniem, że scio me nihil scire (wiem, że nic nie wiem) i do każdej nowej podróży podchodzę coraz lepiej przygotowana ale i z coraz większą pokorą, bo wiem, że życie i tak mnie zaskoczy. Tyle.

Odpowiedz

Bubu 16 maja 2016 o 17:19

Dobry artykuł, tylko jest pewien problem:

Najpopularniejsi blogerzy podróżniczy utworzyli pewną zamkniętą grupę – promują i lajkują się wzajemnie, a kiedy zaprosi ich biuro turystyki jakiegoś kraju lub miasta, to we wpisach piszą „mój ulubiony kraj”, „moje ulubione miasto”. Przy artykule nie ma żadnej wzmianki o „lokowaniu produktu”. Mowa o bardzo popularnych blogerach. Jedna bardzo znana blogerka napisała o pewnym festiwalu „mój ukochany festiwal”, choć na nim nigdy nie była. Ale współpracuje z biurem turystyki, które rozsyłało informacje o tym festiwalu.

Z drugiej strony życie jest krótkie, każdy chce zwiedzać, a nie każdy ma pieniądze lub zarabia tyle, aby podróżować. Wybór jest prosty: możesz pisać rzetelnie, opisywać mało znane miejsca. Nie przyciągnie się wtedy fanów, nie wygeneruje „lajków”, nie nawiąże współpracy i blog nie będzie mógł się rozwinąć. Druga opcja to pisanie pod publiczkę, zwiedzanie modnych miejsc, kupowanie fanów lub publikowanie treści i zdjęcia pod „lajki” – wtedy po jakimś czasie jest duża szansa na współpracę oraz rozwój bloga. Jak pokazuje życie, lepiej oszukiwać czytelników.

Według mnie ten artykuł to tylko emocje autorki, która być może traci pozycję w blogosferze w wyniku rosnącej konkurencji. Wątpię, żeby któryś znany bloger tak ze szczerego serca krytykował środowisko.

Odpowiedz

    Kasia Nizinkiewicz 16 maja 2016 o 18:07

    Dewaluuje się wszystko co powstaje dla pieniędzy. Amatorskie (robione z miłości) ma się tak do profesjonalnego jak randka do najstarszego zawodu świata. I tego nie zmienimy, skoro są odbiorcy. Bycie amatorem jest naprawdę trudne.
    Natomiast cieszę się, że dyskutujemy. Może ci, którzy dzisiaj uważają swój mniej poczytny blog za słaby odkryją w nim siłę, której te wielkie nie mają?

    Odpowiedz

rafał żurkowski 16 maja 2016 o 20:00

Temat dość widać żywy, bo rozpętał się dyskusja.
Podróżuje od ponad 30 lat czyli od tylu ile wiele piszących blogi ma lat. Dobrze pamiętam czasy bezinternetowe. Jechało się w świat po prawdziwą przygodę i w nieznane. Miłe czasy i pełne podrózy w prawdziwe „nieznane’.

Teraz kto żyw pisze blogi, ksiązki. Nadpodaż nie wymusza jednak tutaj konkurencji i dlatego z jakością bywa róznie. Subiektywizm jest immanentną cechą takich relacji, ale nie poparty wiedzą merytoryczna sprawia że wiele tekstów jest niestrawnych.
Sztampa, powierzchowne potraktowanie materii, którą opisują, często autopromocja – nie można tego traktować jak źródło informacji, bardziej jako impresje ” na temat”.
Łatwość podróżowania sprawiła brak naturalnej preselekcji, jaką kiedyś wymuszały relatywnie większe koszty i brak informacji na temat tego co zastaniemy na miejscu. Wtedy w podróz ruszali prawdziwi pasjonaci, z wielką motywacją, mniej było ludzi jadących trochę owczym pędem – just to have some fun.

Więc blogi czytam, ale zwykle PO powrocie z danych miejsc, aby zobaczyć jakie któs inny miał wrażenia z miejsc juz mi znanych. I nie byłbym tak ostry w ocenie że 98% blogów to śmieci. Moim zdaniem wskaźnik oscyluje w okolicach 70%.

Odpowiedz

W. 16 maja 2016 o 21:25

Razem z Erynią (patrz wpis wyżej Erynia w trasie) prowadzimy blog który prawie staje się ideałem ;-) według Twojego artykułu.
Blog został stworzony dla nas (ku pamięci) i dla naszych znajomych bo trochę nas drażniło wielokrotne powtarzanie tego samego – teraz możemy na spotkaniach rozmawiać o czym innym. Tekstów obcych praktycznie nie cytujemy (a jak już to z odpowiednim opisem) zazwyczaj je linkujemy, a co to jest Lonely Plane to nawet nie wiem (ale sprawdzę). O opracowywaniu wpisów i stron bloga pisać nie będę bo zajęło by za dużo miejsca a tylko odniosę się do słowa „profesjonalny” używanego w Twoim artykule.
Bo jeżeli rozumieć je jako:
(za Słownikiem Języka Polskiego)
1. «będący specjalistą w jakiejś dziedzinie» – nie dotyczy
2. «uprawiany jako zawód» – nie traktujemy go jako źródła dochodu więc chyba nie
3. «będący na wysokim poziomie w danej dziedzinie» – staramy się
4. «spełniający wymagania profesjonalistów» – nie wiemy, ale chętnie usłyszymy opinię ;-)

Wracając do punktu 3.
W większości publikowanych w internecie treści brak jest tego typu ‚profesjonalizmu’ ponieważ:

– blogerzy piszą bez szacunku dla języka ojczystego i żeby było śmieszniej (tragiczniej) to traktują to jako „oj tam, oj tam – przecież nic się nie stało” – otóż staje się za każdym razem gdy ktoś to czyta, a zarówno taki blog jak i „oj tam…” świadczy o braku szacunku dla innych.

– w tekstach widoczny jest barak podstawowych zasad DTP (patrz wikipedia) – i to zarówno w układzie tekstu jak i układzie całych stron. Brak jest również całościowego zamysłu na blog. bierze się schemat (szablon strony) i na czysto wlewa się tekst.

– często zdjęcia wrzucane są ‚jak leci’ – „się zrobiło się wrzuciło”, z przewagą, „Ja i…”, moje dzieci, moje koty… a co do zdjęć ‚gospodarzy’ to zdjęcia portretowe są bardzo trudne (z jednej strony) a nieuprzejme z drugiej i na prawdę lepiej żeby było ich mniej lecz były dobre, a przede wszystkim nie obrażały ludzi.

– często promuje siebie albo usiłuje na tym zarabiać a to do blogu podróżniczego mi nie pasuje
I dlatego można mieć blogerom za złe ‚brak profesjonalizmu’.

Nie ważne czy coś robisz dla pieniędzy, dla przyjemności swojej lub cudzej, czy z obowiązku – przede wszystkim MUSISZ TO ROBIĆ DOBRZE – a niestety niewielu stosuje tę zasadę.

Odpowiedz

    Kasia Nizinkiewicz 17 maja 2016 o 10:19

    Może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam, chciałam krótko. Oczywiście, że rzeczy powstałe dla pieniędzy też mogą być zrobione dobrze, ale w praktyce oznacza to (dla ich twórcy) wiele bardzo trudnych wyborów. Dobre rzeczy nie zawsze sprzedają się najlepiej (popatrzcie na literaturę i sztukę, wybitni bywają biedni), a zysk bywa największy na tworach ewidentnie złych (np z innego podwórka-planowo postarzane produkty). Trzeba mieć wielkie szczęście żeby to, co robi się z miłości, z pasją i jak najlepiej było jednocześnie źródłem dochodów i nawet jeśli się tak stanie, można to stracić- np zdradzając własne przekonania dla kasy. Czasem lepiej jak nie jest dochodem.
    Garnek- niektórzy ludzie mają zbyt mało do powiedzenia w tym kłopot. Nie myślą. Nie przetrawiają. Nie wyciągają wniosków, tylko podają dalej to co słyszą lub widzą. Mnie też gryzie pytanie czy w moim pisaniu jest cokolwiek więcej, czy to komuś cokolwiek daje. I pewnie już będzie zawsze gryzło.

    Odpowiedz

Garnek 16 maja 2016 o 23:58

Przede wszystkim piszą ludzie, którzy nie potrafią pisać. Nie mam na myśli tylko problemów z ortografią i gramatyką, ale nie wystarczy być w jakimiś fajnym miejscu, by dobrze to przedstawić. Ludzie mają zbyt dużo kasy na podróże, a za mało merytorycznego przygotowania i talentu, czy warsztatu literackiego.
P.S. kto pije importowane piwo w Gwatemali?!

Odpowiedz

    S 17 maja 2016 o 10:14

    Oj zdziwilbys sie ile osób kupuje jakies Hainekeny albo inne takie w cool hostelu w Antigui albo nad Atitlanem. Ja sam nie bylem w zbyt wielu takich miejscach, raczej od nich stronie, ale ilosc turystow z Francji, UK, Australi, a przede wszystkim (w Ameryce Srodkowej) USA ktorzy tylko siedza w hostelach, pija importowane piwo i imprezuja we wlasnym towarzystwie, nie rozniac sie niczym od /incclusowcow/ z ta roznica ze zamiast wielkich hoteli w egipicie i sztucznych rozrywek dla 40letnich Rosjan masz male hostele w Tajlandii ze sztucznymi rozrywkami dla 25letnich Francuzow. Jedno i drugie jest sztucznym swiatem, poza ktory tacy turysci po prostu nie chca wychodzic. Tym bardzije zabawna jest pogarda takich /backpackerow/ dla turystow /allinclusive/.

    To co opisalem wyzej bylo moim najwiekszym rozczarowaniem kiedy ruszylem pierwszy raz poza Europe.

    Odpowiedz

Kasia 17 maja 2016 o 10:31

W sprawie zdjęć lokalnych mieszkańców – z tego co obserwuję, nie cieszą się one nawet w połowie takim zainteresowaniem jak zdjęcia samego blogera, czy dzieci na blogu (u mnie, u Was Aniu i na wielu innych blogach, które czytam), stąd prosta odpowiedź na pytania związane z ilością przestrzeni takim zdjęciom poświęcanym. Można się na to złościć, można z tym walczyć, ale jaki to ma sens? Nic na siłę, nie? :)

Odpowiedz

Agnieszka 17 maja 2016 o 11:36

To truizmy wg mnie. Tak jest. Podobnie jak z prasą podróżniczą, książkami. I każdą inną dziedziną życia. Autorzy piszą to co się sprzedaje. Ludzie robią to co inni chcą kupić. Trochę nie ma się co dziwić. Pisanie bloga jest pracochłonne a jak się zaczyna tyle czasu na coś przeznaczać chciałoby się, trzeba wręcz zarobić. Więc ludzie zaczynają iść na skróty. Albo od początku tak robią. Ale tych czytelnicy od razu odrzucają. Zostają ci co się dobrze sprzedają, piszą rzeczy płaskie, płytkie, nijakie choć może kolorowe. I ci, którzy robią coś fajnego, cennego, rzetelnego. I klepią biedę albo zarabiają na czymś innym. Nielicznym udaje się połączyć jedno z drugim. Podobnie jak w każdej branży mam wrażenie. A turystyka to ogromny biznes. Sama jestem dziennikarką piszę między innymi o podróżach i staram się pisać rzeczy rzetelne, nowe, świeże. Tak też podróżuję. I ledwo mogę się z tego utrzymać. Zdarza mi się pójść na skróty, bo czasami nie mam już czasu drążyć tematu jako, że muszę zająć się kolejnym. Żeby zapłacić rachunki i mieć czas na życie osobiste. Jeszcze taka uwaga a propos zamieszczanie zdjęć z lokalnymi mieszkańcami. Ja to robię. Bo najbardziej w podróży interesują mnie ludzie, ich życie. I staram się o nich opowiadać. I zawsze mam dylemat. Bo czy oni chcą? Czy może woleliby nie? Czy mam prawo rozpowszechniać ich wizerunek A może oni też chcieliby coś z tego mieć? A pytać każdą spotkaną w podróży osobę o to? Czasami jest to niemożliwe. Z różnych względów (bariera językowa, zdjęcie streetowe, grupowe). To są poważne dylematy w czasach internetu i globalizacji.

Odpowiedz

Erynia w trasie 17 maja 2016 o 13:38

W przypadku zdjęć ulicznych, gdzie ludzie są „bohaterem grupowym” bądź tłem, pytanie jest niemożliwe albo mało realne – tu pełna zgoda. Natomiast wielokrotnie zdarzało mi się oglądać zdjęcia portretowe, gdzie po bohaterze widać było, że nie ma najmniejszej ochoty być fotografowanym – ja w takiej sytuacji odpuszczam.

Odpowiedz

Danuta/boliviainmyeyes 17 maja 2016 o 20:42

To juz wiem, dlaczego moj blog jest taki ‚niepopularny’ – malo kto podrozuje do Boliwii!!:) A tak na powaznie, to masz racje – ci, ktorzy zarabiaja krocie na blogowaniu, zwykle maja najmniej do powiedzenia. Licza sie slogany, oprawa graficzna i pstrokate zdjecia.

Odpowiedz

Filip 18 maja 2016 o 0:43

Wiesz, nie zawsze się z Tobą zgadzam Aniu.
Tym razem zgadzam się i spodobało mi się Twoje krytyczne spojrzenie na tę część internetu.

A „webinaria” to aż musiałem wygooglować aby zrozumieć ;)

Odpowiedz

Kasia 18 maja 2016 o 1:16

Bardzo prawdziwy artykul! Sama mam.blogac o ppdrozowaniu od kilku lat ale zupelnie pod innym katem. pisze czesto o spoleczenstwie, o problemach na ktore my jako turysci powinnismy zwrocic uwage i podrozsch w miejsca ktore wiekszosc ludzi nie odwiedza. Od jakiegos czasu zastanawiam sie czy nie zmienic stylu bo ludzie nie chca o tym czttac, nie chca czuc sie odpowiedzialni za problemy cudzych krajow, maja to w dupie. Wiekszosc chce lozytywne texty, zarty, pisanie o pierdolach i zdjecia jak z okladki czasopisma, ktore w ogole.nie sa prawdziwe. Nikt nie czyta moich artykolow ale jak wrzuce zdjecie super plazy- nawet jezeli to.sciema, bo jest tam pelno ludI smieci i halasu, to mam pelno lajkow.

Odpowiedz

Kasia 18 maja 2016 o 1:45

Ojej teraz widze ze pelno literowek..wybaczcie pisze z mojego telefonu kalkulatora z indonezyjskiej dzungli z jeepa ktory mega trzesie. Hehe a adres bloga poprawny to ten moze lepszy
travelviewblog.com

Odpowiedz

Diaboł 18 maja 2016 o 12:58

W zasadzie nie sposób się nie zgodzić… Jest jednak kilka „ale”. Pani Anno Alboth, problem o jakim Pani pisze najlepiej widać w tzw mainstreamie blogowym, którego jest też Pani częścią. Proszę spojrzeć do swoich wcześniejszych artykułów, nie tych z bloga, ale ze specjalistycznych serwisów poświęconych social mediom.
W Polsce mamy ok 600 blogów podróżniczych. 300 z nich jest prawie trupami, wpisy pojawiają się raz na pół roku, ale przecież łatwo mieć blog na blogspocie to sobie proletariat zakłada w najlepsze. ok 100 jest wartościowych, często bardzo ale praktycznie nieznanych, sam śledzę ok 30 takich, na więcej nie mam czasu, dobra treść i autentyczne przeżycia autorów, czasami widać amatorskie podejście,a le jest serce i dusza, a to jest najważniejsze. na tych blogach nie ma wypełniaczy, slajdowisk, a podróżnicy przekazują autentyczne relacje i odczucia Ok 20 blogów tworzy kółeczko wzajemnej adoracji celebrytów blogowych. pojawiają się wszędzie. „Kreują” trendy, polecają wzajemnie, patrzą na ilości lajków i statystyki, by potem inkasować sporą kasę od sponsorów. To właśnie to kółeczko wzajemnej adoracji, którego częścią jest i pani blog nakręca się wzajemnie i pokazuje kierunki. Reszta z tych 600 to kopiści idący za celebrytami. Oczywiście celebrytą stać się nie łatwo, jesteście hermetycznym środowiskiem, ale wszelkie wypełniacze treści i ich nachalna promocja to temat jednoznacznie kojarzący mi się z kilkunastoma blogami preferującymi miałkość i żenadę pod płaszczykiem wszechwiedzy podróżniczej. Proszę mi powiedzieć, dlaczego pewne osoby są ciągle polecane i rekomendowane, w tym i w Pani artykułach? Na ich blogach właśnie jest taka żenada, te same miejsca, te same opinie, te same kalki. W polskiej blogosferze jest kilka dużo bardziej autentycznych blogów niż na okrągło wałkowane (w tym i w mediach tradycyjnych) wynurzenia chłopca z rowerem, uduchowionej dziewczynki od Am. Południowej czy wędrownych owadów.
Artykuł odczytuję jako chęć „ucieczki do przodu”. Zaczynacie zauważać, że wasze wypełniacze typu „10 najlepszych instagramów podróżniczych” już nie cieszą się taką popularnością. Podobnie czytelnicy wyczuwają obłudę płynącą z artykułów o miejscach gdzie rzeczeni „podróżnicy” nawet nie byli, lub byli za kasę sponsorów więc napiszą wszystko by im się podobało. Trzeba wyznaczyć nowy „trend” i jak zwykle być w awangardzie. Już widzę jak panienka tworząca głównie wpisy reklamujące innych z kółeczka wzajemnej adoracji serwuje nam teraz wpis „twarze Azji” albo coś w tym stylu. Taki jest cel: pokazać „wtajemniczonym” co będzie na topie, a „maluczcy” niech dorównują.
Ja widzę nieco inny niż Pani problem polskiej blogosfery podróżniczej: kompletną niemożność przebicia się z dobrymi, autentycznymi i nie nastawionymi na zarobek i popularność blogami, oraz zawłaszczenie blogosfery przez celebrytów. Wróćcie do korzeni i miłości do podróży o ile jeszcze w Was została!

Odpowiedz

    Marysia 21 maja 2016 o 16:02

    Diaboł – świetny komentarz – popieram w 100%!

    Odpowiedz

Kot 18 maja 2016 o 20:21

W punkt.

Odpowiedz

Nic o nas bez nas 19 maja 2016 o 8:54

Próba oceniania jaki blog jest słaby a jaki nie, piórem blogerki, u której obecnie słabo z samym podróżowaniem i blogowaniem, bo na blogu w tym roku raptem dwa wpisy podróżnicze JEST SŁABA :( no niestety wyszło mało wiarygodnie.
To, że hejterzy i kilka sfrustrowanych osób ma okazję ponarzekać i pojechać nawet personalnie kilku blogerom, to przynajmniej dobry dowód na to, że zawsze był i będzie taki podział na cztery grupy. Na tych, którym się udało tym, którzy chcą, tym, którym się nie udało oraz, którzy nie chcą. Ci ostatni i tak mają wszystko gdzieś. Prawda jest taka, że w większości sukces osiągają blogi, których autorzy są po prostu pracowici. Albo pomysłowi. Wśród wielu wartościowych blogów mniej znanych, rzeczywiście dobrych jest dużo autorów – leniuchów, zupełnie nie rozumiejących, że trzeba zapieprzać, by być dobrym. Znałam kilku takich. Fajni ludzie, ale żeby coś popchnąć do przodu ze swoim niewątpliwym talentem to jak krew z nosa. Tak samo z wiedzą na temat tego jak pokazać i wypromować to co się robi. Jest zerowa. Sorry, ale dzisiaj bez tego to może jednak powinni zająć się pokazami w szkołach dla dzieci i na tym poprzestać. No ale wygarnięcie komuś, że jego treści są płytkie i miałkie – zawsze cieszy, prawda? Oczywiście, że są słabe blogi. Ale z drugiej strony jeszcze bardziej irytuje mnie zachowanie tych, którym się nie udało. Bo to przecież My, bliżej nieznani obrońcy konserwatywnego ładu, mamy rację i My wiemy co jest dobre a do słabe. Nawet jeśli wydaliśmy, książkę, która nie sprzedała się nawet w 2000 egzemplarzy. W końcu ktoś dał Nam na chwilę głos, i w końcu My mamy szansę na chwilę wyjść z Naszych norek i powiedzieć, co My Prawdziwi Podróżnicy myślimy o tych słabych i fałszywych. A za chwilkę znów szybko się schowamy. To właśnie takie typowo polskie. Nie ma dziwów, że rządzą nami ludzie o pislamskiej mentalności pełni kompleksów, skoro nawet wśród osób którzy zjeździli świat pokutuje takie myślenie.
Ale przynajmniej Peron ma w końcu jakiś skandalik i przeczyta to więcej, niż 50 osób

Odpowiedz

Jo (The Blonde) 26 maja 2016 o 16:51

Zgadzam się z Łapą, który mówi w swoim komentarzu, że większość blogów nie ma głębokich treści, bo nie ma na nie popytu. Ludzie chcą mieć wszystko prosto i szybko.
Ja natomiast przyglądam się blogom polskim i blogom zagranicznym. Blogi polskie są często bardzo ambitne, z pięknymi zdjęciami i o hisotriach takich jak ‚przejechanie autostopem Ameryki Południowej’. I to jest piękne! Jednak z drugiej strony, uważam że nie mają one wartości praktycznej. Zwykły Kowalski może sobie poczytać, pooglądać zdjęcia, ale kto mu powie jakie ubezpieczenie wybrać, albo co spakować jak jedzie pierwszy raz do Azji? Tego ludzie szukają. W polskich blogach trudno jest coś takiego znaleźć.

Odpowiedz