„Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia” – podróż na drugą półkulę


Ewa Serwicka


Kurz, żar jak w wielkim piecu w hucie stali i wysuszona na wiór ziemia porośnięta zabójczą trawą i zamieszkana przez zamkniętych w sobie Aborygenów. Tak w skrócie mogę opisać Australię, jaką wyobrażałam sobie czytając książkę Marka Tomalika „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia”. Mało zachęcające wyobrażenia, prawda? Ale paradoksalnie jeszcze bardziej zachęciły mnie do wyprawy na ten południowy kontynent.

Książka opisuje kilka wypraw autora do Australii, jego wrażenia, spotkania z ludźmi i kangurami, przyrodę i niebezpieczeństwa, jakie czyhają na podróżnika-lekkoducha w buszu. Jak pisze sam autor, jest próbą uchwycenia i opisania tego wszystkiego, co kocha on w Australii, co go w niej zachwyca i nieustannie zadziwia.

Widzimy kraj oczami Marka Tomalika, ale na szczęście autorowi udaje się uniknąć opisywania Marka Tomalika w Australii. Innymi słowy to nie on sam jest bohaterem swojej książki, lecz ten wspaniały i fascynujący kraj. A fascynacją pachnie książka na kilometr.

Jaka jest Australia dla Marka Tomalika? „(…)wszechobecne kontrasty, nieprzewidywalność przyrody, która wzbudza jednocześnie podziw i lęk, współistnienie żywiołów i pejzaże, których nie ma nigdzie indziej”.

Czytamy o tych kontrastach na kolejnych kartach, gdzie opisywane jest życie Aborygenów. Oglądamy ładne zdjęcia tytułowych kwiatów, które rozwijają się w buszu zaraz po przejściu niszczycielskiego pożaru. Zawracamy razem z Markiem Tomalikiem ze szlaku, który zostaje zalany wskutek potężnej ulewy i szukamy innej drogi. Podążamy śladami Pawła Edmunda Strzeleckiego. Uczymy się australijskiego angielskiego.

Książka to nie tylko opisy przygód Marka Tomalika w Australii, ale też zdjęcia, reprodukcje dokumentów i ciekawostki na tematy kulturowe i historyczne. Są rady, jak przeżyć w buszu, jakich sytuacji unikać i jak zachować się, gdy mamy kłopoty. Jest też niewielka mapki, na której zaznaczone są niektóre opisywane miejsca. Szkoda, że nie wszystkie. Czytałam książkę m.in. w metrze i autobusie, a tam ciężko mieć ze sobą też atlas świata, by na bieżąco podglądać, w jakich okolicach Australii właśnie się znajdujemy.

Nawet jeśli Australia nie pociąga was tak jak mnie, sądzę, że warto sięgnąć po tę pozycję. A na zachętę dorzucam jeszcze jeden z moich ulubionych kawałków australijskiej grupy Icehouse. O Australii to jest piosenka i australijskie krajobrazy królują w teledysku*.

*To drugi klip nakręcony do tego utworu w 1989 r., kiedy piosenka promowana była poza granicami Australii. Na pierwszym, z 1982 r., nie było widać takiej różnorodności australijskich krajobrazów. Dlatego wybrałam drugi :)

Ewa Serwicka


Zamieniła korpopracę na turystykę. Lubi patrzeć na świat przez obiektyw aparatu. Bloguje na Daleko niedaleko.

Komentarze: Bądź pierwsza/y