Ania i Tomek: wracamy do stopowania i pomagania zwierzętom


Emilia Wojciechowska


Ania Bunikowska i Tomek Marchewka są lekarzami weterynarii. Ania uwielbia tango i ornitologię, a Tomek w przyszłości chciałby być bujatrą, lekarzem weterynarii specjalizującym się w leczeniu bydła, bo jak mówi: Nie cierpię rozpieszczonych pieseczków i ich właścicieli.

Swoją podróż zaczęli ponad rok temu w Tajlandii. W lutym zwiedzali autostopem wschód i południe kraju, a marzec spędzili w schronisku Lanta Animal Welfare na wyspie Lanta, pracując jako weterynarze-wolontariusze. W kwietniu zaś zwiedzali Malezję, potem była Australia i Nowa Zelandia. Jak minął im czas i jakie mają plany na przyszłość?

Las w Camoren Highland w Malezji. (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Las w Camoren Highland w Malezji. (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

– Wyruszyliście ponad rok temu z założeniem: autostop i wolontariat weterynaryjny, a jak wyszło to w praktyce? Ile było do tej pory w Waszej podróży autostopu, a ile wolontariatu?

Ania: – Wyszło słabo… Dwa miesiące wolontariatu i jakieś siedem autostopu.
Wszystko potoczyło się całkiem inaczej, bo nigdy nie planowaliśmy, że w czasie tej podróży zwiedzimy Australię – zawsze o tym marzyliśmy, ale myśleliśmy, że to nie jest kraj na nasz budżet. Tym bardziej nie sądziliśmy, że spędzimy pół roku w Nowej Zelandii, a już na pewno nie, że będziemy się po niej bujać własnym samochodem.

Nowa Zelandia trochę nas do kupienia auta zmusiła – szukaliśmy pracy i praktycznie wszędzie wymagano własnego samochodu, żeby do tej pracy dojeżdżać. Wracając do Australii byliśmy już pewni, że tym razem chcemy ją zwiedzać z własnym samochodem, bo mamy średnie doświadczenia z autostopowaniem po Oz. Niby jest to możliwe, i na pewno bezpieczne, ale ciężko cokolwiek po drodze zwiedzać. Nasz rekord czekania na okazję, gdy byliśmy tu po raz pierwszy to 36 godzin, wiele razy zdarzało nam się czekać po kilka (4-7) godzin… nie chcieliśmy powtarzać takich atrakcji w temperaturze +40 w cieniu.

Tak więc autostopu w naszej podróży było póki co siedem miesięcy, a przez resztę czasu rozbijaliśmy się najpierw Kalinką, a potem Złotą Bezimienną, którą szczęśliwie sprzedaliśmy kilka dni temu i wracamy do autostopowania. Nie wiem na jak długo, bo Tomek zaczął myśleć zawzięcie nad kupieniem w Azji motocykla. Autostopowanie jest super, ale nie wszędzie działa idealnie i ma swoje ograniczenia. W takich krajach jak Nowa Zelandia czy Australia, gdzie pogoda nie sprzyja (w Nowej Zelandii co chwilę leje, w Australii latem jest strasznie gorąco), autostop działa przeciętnie lub słabo, a daleko od głównych dróg jest wiele fantastycznych szlaków naprawdę dobrze jest mieć samochód.

Kalinka, nasz pierwszy samochód w życiu, zawiozła nas do raju! (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Kalinka, nasz pierwszy samochód w życiu, zawiozła nas do raju! (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Początkowo traktowaliśmy naszą Kalinkę jako wielką zdradę ideałów, ale dzięki niej odwiedziliśmy przepiękne miejsca i poznaliśmy wspaniałych ludzi, bo przez większość czasu podróżowaliśmy z „oszczędnościowymi znajomymi”- bez Julie i Williama nie byłoby aż tak wesoło. Tak więc nie żałujemy! (śmiech)

Z wolontariatem poszło nam jeszcze gorzej. Póki co pomagaliśmy tylko w Tajlandii w Lanta Animal Welfare i Kimberley Rescue Centre w Australii. Dwa miesiące w skali roku zdecydowanie nie jest imponującym wynikiem. Początkowo, po wolontariacie w Lancie nie byliśmy zbyt zmotywowani, żeby szybko szukać czegoś następnego- przed wyjazdem pracowałam przez dwa lata w Polsce i gdy już wylądowałam w Tajlandii trochę zachłysnęłam się klimatem  egzotycznych wakacji. Później uciekając przed upałami trafiliśmy na tani lot do Australii, gdzie trochę woofowaliśmy (praca za dach nad głową i jedzenie) na farmach, ale niewiele było w tym pracy ze zwierzętami, a jeśli nawet, to bardziej zootechnicznej niż weterynaryjnej. W Nowej Zelandii koniecznie musieliśmy znaleźć pracę, bo nasz budżet zaczynał wyglądać mizernie, chcieliśmy też zarobić kasę na kupno samochodu w Australii… i nagle wyszedł z tego rok w drodze. Teraz jednak mam zamiar nadgonić zaległości, w maju lecimy do Indonezji, gdzie już mamy zorganizowane dwa miesiące wolontariatu w ogrodzie zoologicznym.

– A jak to jest z wolontariatem? Łatwo do tej pory znajdywaliście miejsca „pracy”? Jak ich szukacie? Czy nie ma żadnych przeszkód formalnych typu papierki, biurokracja itp.?

Ania: Myślę, że jest dosyć łatwo, tylko trzeba mieć plan i pytać o wolne miejsca odpowiednio wcześnie, co w naszym przypadku jest trudne, bo Tomek nie cierpi nic planować i zawsze go uwiera, gdy wie, że za miesiąc ma być w konkretnym miejscu, a nie tam gdzie akurat mu się przydarzy.

Wszystkiego szukam w wyroczni Google, zaskakująco dużo można znaleźć na Facebooku. Mam też o tyle lżej, że mój kolega również podróżuje w ten sposób i jest dla mnie bardzo cennym źródłem informacji i pomocy. W Azji irytujący jest fakt, że wiele interesujących ośrodków za możliwość wolontariatu wymaga opłat, czasami bardzo wysokich. Z jednej strony nie ma ich co winić, muszą się z czegoś utrzymywać i może to lepiej, że rzadkie gatunki mają swoją wartość rynkową nie tylko jako futro, pasek, czy magiczny proszek, ale żywe zwierzęta, z drugiej strony takie organizacje stają się kolejną atrakcją turystyczną. My nie chcemy brać w tym udziału, myślimy, że jeśli oferujemy komuś swoją pracę za darmo, to już jest dużo. Płacić za to, by pracować za darmo, to dosyć pokrętna idea.

Ania ze swoim małym pacjentem. (Fot. Tomasz Marchewka)

Ania ze swoim małym pacjentem. (Fot. Tomasz Marchewka)

Co do papierków i biurokracji to większość azjatyckich ośrodków opieki nad zwierzętami wymaga aktualnych szczepień przeciwko wściekliźnie, co jest oczywistym wymogiem bezpieczeństwa. Ośrodki opiekujące się naczelnymi wymagają również potwierdzenia, że nie chorujemy na gruźlicę, która jest śmiertelnie groźna dla małp. Pozostałe szczepienia zalecane turystom w danym regionie pozostają w naszej gestii, podobnie jak znalezienie odpowiedniego ubezpieczenia.

Zwykle należy podpisać umowę, że w razie wypadku podczas wolontariatu nie będziemy sądzić się z daną organizacją o odszkodowanie. W Lancie musieliśmy dodatkowo zapłacić kaucję zwrotną, że pojawimy się tam w umówionym terminie.

Dosyć ciężko było mi znaleźć możliwość wolontariatu w Australii. Większość lecznic do których pisałam odwoływała się do niedawnej zmiany w przepisach, która praktycznie uniemożliwia odbywanie staży studentom czy lekarzom weterynarii zza granicy, ze względu na jakieś zawiłe problemy z ubezpieczeniem. Na szczęście Kununurra to taki australijski dziki zachód i udało mi się załapać na staż.

– Wygląda na to, że więcej niespodzianek niż planów w Waszej podróży. Czy było coś, co Was zaskoczyło, na co zupełnie nie byliście przygotowani?

Tomek: – Jesteśmy przygotowani na niespodzianki i zawsze wiele rzeczy nas zaskakuje, ale to nie znaczy, że nie jesteśmy na nie przygotowani. Najświeższy przykład – przylatując do Melbourne mieliśmy zaklepane miejsce na couchsurfingu w pobliskim miasteczku. Gdy tam doautostopowaliśmy okazało się, że połowa mieszkańców, w tym nasz host, ewakuowała się z powodu pożaru buszu. To było duże zaskoczenie, ale zawsze jeździmy z namiotem, więc jakoś byśmy sobie poradzili. Ostatecznie nie musieliśmy go użyć, bo włócząc się po mieście spotkaliśmy Dawn, 65-letnią harcerkę, ktora zaprosila nas do swojego domu. Tak naprawdę każdy dzień jest jakimś zaskoczeniem, nigdy nie mamy żadnego planu i wszystko robimy spontanicznie.

Tongariro Alpine Crossing. (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Tongariro Alpine Crossing. (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Ania: – Mnie zaskoczyło, że tyle już podróżujemy. Byłam pewna, że kasy starczy nam na jakieś pół roku, może osiem miesięcy.

– No właśnie, podróżujecie już prawie czternaście miesięcy. Czy jest coś, co Wam dokucza, przeszkadza? Coś na co narzekacie? A może czegoś Wam brakuje?

Tomek: – Przeszkadzamy sobie nawzajem (śmiech). I Ania mi dokucza.

Ania:Odkąd wyjechaliśmy praktycznie cały czas spędzamy razem i czasami naprawdę ciężko jest nam ze sobą wytrzymać. Bardzo, bardzo tęsknię za tango i wszystkim z tango związanym: moimi tango-przyjaciółmi w Warszawie, milongami i ich atmosferą, muzyką, wysokimi obcasami, moimi ulubionymi sukienkami. Przez jakiś czas brakowało mi mocno weterynarii i kontaktu z zawodem, ale teraz spędzam całe dnie w lecznicy w Kununurze, więc już jest dobrze. Poza tym brakuje mi moich przyjaciółek i możliwości umówienia się na jakąś babską rozmowę przy winie. Co do dokuczania to naprawdę nienawidzę komarów.

– Wiedza zdobyta na studiach przydała się w tak odległych szerokościach geograficznych? Jakim zwierzakom już pomogliście?

Ania: – Wyjeżdżając spodziewałam się większej egzotyki na dyżurach. Tak napawdę jednak wszędzie pomagamy głównie psom i kotom, a one na całym świecie mają taką samą fizjologię, i w większości podobne problemy, które leczy się najczęściej takimi samymi lekami (nawet jeśli pod inną nazwą handlową). Oczywiście są różnice, w klimacie tropikalnym dużo większe znaczenie ma profilaktyka i leczenie dirofilariozy (choroby powodowanej przez nicienie żyjące w sercu), oraz chorób powodownych przez pasożyty krwi. W Tajlandii dużym problemem są zatrucia zwierząt fosfoorganicznymi środkami ochrony roślin, z czym nigdy nie spotkałam się w Polsce. Poza tym zdecydowanie inaczej wyglądają pacjenci dermatologiczni, bezdomne czy zaniedbywane przez właścicieli zwierzęta trafiały do LAW w koszmarnym stanie.

Wolontariat w RPA. Jak zostałam mamą osieroconego nosorożca

W Australii dla odmiany często zdarzają się przypadki pogryzienia czworonogów przez węże, lub zatrucia psów na skutek polizania ropuchy agi. Jeśli chodzi o nietypowych pacjentów to na samym początku pobytu w Kimberley Rescue Centre asystowaliśmy przy operacji żółwia czerwonolicego zaatakowanego przez krokodyla, kilka dni później składaliśmy do kupy innego żółwia, potrąconego przez samochód. Poza tym przez lecznicę przewija się sporo ptaków – mewki, miodojady, zimorodki, kakadu.

– Jaki mieliście najciekawszy przypadek „weterynaryjny”?

Ania: – Kotka z Tajlandii z zerwaną skórą z żuchwy. Nigdy wcześniej nie mieliśmy podobnego przypadku. Nie bardzo mieliśmy jak to naprawić, bo kocia broda to tylko skóra i kości – nie ma tu żadnych tkanek, do których można nieszczęsną brodę przyszyć. Ograniczyliśmy się więc do skaryfikacji „mięska” bródki i próby ustabilizowania jej przy pomocy szwów łapiących skórę i biegnących dookoła kłów żuchwy. To był bardzo eksperymentalny zabieg, ale okazał się naprawdę skuteczny. Już następnego dnia kotka jadła bez problemu i czuła się dobrze. 10 dni później zdjęliśmy szwy, wszystko skończyło się szczęśliwie.

Wombat w natarciu. (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Wombat w natarciu. (Fot. Ania Bunikowska i Tomasz Marchewka)

Dwa tygodnie temu spędziliśmy trzy i pół godziny nad stołem operacyjnym asystując przy usunięciu guza wywodzącego się z jednego z węzłów chłonnych krezkowych, wymagało to potrójnej resekcji jelit, zdecydowano również o usunięciu zmienionej śledziony. Operacja była długa i skomplikowana, Jazz czeka chemioterapia, ale czuje się znacznie lepiej.

Dla takich operacji nie trzeba jednak jechać do Australii – w Polsce też przeprowadza się ogromną ilość skomplikowanych operacji. Zdecydowanie najciekawszym pacjentem była agama kołnierzasta, jednak nie udało nam się jej uratować. Sekcja zwłok wykazała wieloodłamowe złamanie kości czaszki. Jaszczurka miała nieszczęście mieszkać niedaleko podstawówki, której uczniowie namiętnie ciskali w nią kamieniami. Widać w końcu któremuś udało się trafić. Kimberley Rescue Centre ma aktualnie pod opieką kilka osieroconych kangurków, ale dzieciaki jedzą już samodzielnie, więc kontakt z ludźmi jest ograniczany do minimum, żeby ich niepotrzebnie nie oswajać.

– A jakie było największe „wow” podróży?

Tomek:Tajlandia, Park Narodowy Khao Sok a w nim drzewo, które trzymało swoimi korzeniami górę. I dzioborożce.

Ania: – Mossy Forest w Malezji (czyli wysokogórski las deszczowy), wieloryby widziane z klifów południowego wybrzeża Australii, albatrosy królewskie, leśny tunel ze ścianami oblepionymi świecącymi robakami i Milford Sound w Nowej Zelandii i cały nasz pobyt w Kimberley.

– Wspomnieliście, że zakupiliście auto. Czy teraz sami zabieracie autostopowiczów?

Ania: – Oczywiście! Zabieraliśmy, bo kilka dni temu udało nam się je sprzedać i wracamy do autostopowania.

– A gdzie teraz zmierzacie?

Tomek: – W pierwszej kolejności autostopujemy do naszych znajomych na zachodnim wybrzeżu Australii, a na początku maja lecimy do Indonezji pomagać w ZOO na Jawie.

– Życzymy zatem powodzenia w błyskawicznym łapaniu autostopa i rzeszy zadowolonych „pacjentów”!

Emilia Wojciechowska


Godzinami mogłaby siedzieć w kinie, całymi dniami jeździć na rowerze, wieczorami słuchać muzyki, nocami snuć plany, a w nieskończonej jednostce czasu - podróżować.

Komentarze: Bądź pierwsza/y