Afganistan, cz. I: Herat – miasto cmentarzy i latawców

Grzegorz Król 15 grudnia 2009

Miasto cmentarzy i latawców

W nocy Al-Jazzira doniosła o kilkudziesięciu osobach, które zginęły w zamachu terrorystycznym w sąsiednim Pakistanie. Mnie bardziej intrygowała wydrukowana na igłowej drukarce kartka, którą ktoś przykleił taśmą klejącą w centralnym miejscu na ścianie. Na niej wizerunek Mekki i strzałka, pokazująca w niewielkim hotelowym pokoju kierunek do modlitwy. Witamy w mieście Herat, w północno-zachodnim Afganistanie.

Ulica zamachem też nie była zbytnio przejęta. Bomby, porwania i zabójstwa dokonywane przez talibów to niestety smutna codzienność, do której każdy przyzwyczaja się wraz z przyjściem na świat. Te wybuchające w sąsiednim kraju nie robią na ludziach większego wrażenia.

Mapa Heratu, którą dostałem w hotelu jest upstrzona szarymi plamami. Jedne mniejsze, inne całkiem rozległe. W mieście o jedną trzecią mniejszym od Rzeszowa znajduje się ich czternaście. To cmentarze będące pamiątkami po hulających od lat po Afganistanie wojnach.

- Najpierw przyszli Rosjanie, później kraj opanowali talibowie. Przez chwilę było spokojnie ale wojna rozpętała się na nowo – mówi starszy mężczyzna. – Boję się myśleć jak to się wszystko zakończy. Codziennie modlę się o pokój. Jeśli nie dla mnie, to przynajmniej dla moich wnuków.

W biedniejszych dzielnicach latawce "produkuje" się ze zwykłych reklamówek. (Fot. Grzegorz Król)

W biedniejszych dzielnicach latawce "produkuje" się ze zwykłych reklamówek. (Fot. Grzegorz Król)

Dzieciaki, te najmłodsze, na szczęście żyją w zupełnie innym świecie. Świecie wypełnionym kolorowymi wzorami latawców. To pierwszy widok, który tak bardzo rzuca się w oczy w tym kraju. Od rana do wieczora nad Heratem unoszą się ich dziesiątki. Kiedyś, gdy talibowie przez kilka lat panowali nad całym krajem, ich puszczanie, podobnie jak wiele innych kojarzących się z rozrywką rzeczy, było zakazane. Teraz trzepoczą na wietrze wprowadzając koloryt w zdominowaną przez piaskowe odcienie rzeczywistość.

Latawce są wszędzie, można odnieść wrażenie, że cały dziecięcy świat kręci się wokół nich. Nic dziwnego – to najprostsza zabawka, którą buduje się z dwóch kijków i kawałka plastikowej reklamówki.

Takie proste konstrukcje dominują w biedniejszych częściach miasta. W bogatszych maluchy prześcigają się w tym czyj latawiec jest większy, czyj piękniejszy. W centrum, na uliczkach wokół głównego bazaru, rozlokowały się nawet specjalistyczne sklepy, które sprzedają tylko latawce. Ogromne, kolorowe, skonstruowane tak, że bez problemów wzbijają się na kilkadziesiąt metrów w górę. Większość kończy na drzewach albo drutach wysokiego napięcia. Ich poszarpane szczątki można zobaczyć w całym mieście co kilkadziesiąt metrów.

Po przepustkę do lepszego świata

Pierwsze dni w Heracie przeznaczam na odpoczynek po kilkudniowej podróży z Polski. Poznaję ludzi, odwiedzam też ogrodzony wielkim na kilka metrów betonowym murem konsulat Iranu. Cel: zdobyć wizę tranzytową, dzięki której będę mógł lądem wrócić do Polski.

- Trzeba czekać ok. 10 dni, ale nie powinno być z tym problemu – powiedziano mi w miniaturowym okienku, kiedy wreszcie udało się przepchnąć przez otaczający je tłum brodatych mężczyzn i stojącą potulnie w kilkuosobowej kolejce grupkę kobiet. Ci pierwsi starają się zdobyć przepustkę do lepszego świata, w którym dostaje się pieniądze za dobrze wykonaną pracę. One to głównie studentki, które chcą się spokojnie uczyć za granicą, by za kilka lat wrócić i, jeśli wojna się wreszcie skończy, odbudowywać ojczyznę.

Dziesięć dni plus standardowe wschodnie opóźnienie to akurat tyle, żeby wyruszyć w dalszą drogę. Odwiedzić kosmopolityczny Kabul, zwiedzić prowincję Bamian, w której straszą pustką miejsca po zniszczonych przez talibów ogromnych posągach Buddy, zobaczyć śnieg na szczytach gór Hindukuszu. Jak się jednak szybko okazało – pomyśleć łatwo, gorzej z wykonaniem. Ale o tym – w następnym odcinku

Strony: 1 2
  • Spodobał Ci się wpis? Podziel się:
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Flaker
  • Google Bookmarks
  • RSS
Grzegorz Król

Grzegorz Król

Pod koniec ubiegłego stulecia pojechał lądem z Rzeszowa do Kathmandu. Tak mu zostało... :D

Komentarze: 6 »

  • m.

    Niesamowita opowieść, nie mogę się doczekać dalszych części! Trzeba jednak odwagi, żby wyruszyć w te okolice

  • satan

    no no

  • travel geek

    właśnie czytając zadałem sobie pytanie: a kiedy Ty tam pojechałeś? bo wspominam o tym na blogu http://plprotravellers.blogspot.com/ w notce o podróżniczej blogosferze (ok… w której też należne miejsce zajmuje Peron :)
    Z pozdrowieniami!

  • Grzegorz Król (autor)

    z należnego miejsca cieszymy się niezmiernie :)
    a pojechałem tam w październiku 2008.
    zdrowia.

  • Ольга

    Хорошо расписали. Для новичков будет полезно.

  • Екатерина

    Я бы и так не смогла, полезно было ознакомиться.

Dodaj komentarz

PARNTERZY: Travel Channel Klub Podróżnik MK Tramping MK Tramping