Afganistan, cz. II: Tylko nie jedź do Kabulu

Tuż za miastem znajduje się potężne złomowisko. (Fot. Grzegorz Król)
Seks to zło, niech będzie. Ale dlaczego nie działa wesołe miasteczko położone na peryferiach miasta. Potężne koło młyńskie wielkości wieżowca stoi bez ruchu, kilkudziesięciometrowe zjeżdżalnie, po których powinna spływać woda schną w palącym słońcu. Dobrze, że chociaż huśtawek nie przyspawano na sztywno.
- Co jest chłopaki? Możecie powiedzieć o co chodzi tym razem? – spytałem.
- Stary, to tylko Afganistan – odpowiedział któryś i wszyscy znów zaczęli się śmiać. – Tutaj wszystko jest inaczej.
No tak, wystarczy przejść do granic parku rozrywki w kierunku wschodnim. Tuż za wyblakłym, kiedyś zapewne mocno kolorowym ogrodzeniem biegnie droga. Zaraz za nią kolejne ogrodzenie, tyle że z pozwijanego drutu kolczastego. Ciągnie się setki metrów, zakręca parę razy i zamyka wielkie koło wielkości trzech boisk piłkarskich. Trzy czwarte powierzchni zajmują stare, podziurawione wraki. Najwyżej jedna dziesiąta to samochody i autobusy. Resztę stanowią pordzewiałe czołgi, armaty, haubice i transportery opancerzone. No tak, to przecież tylko Afganistan…
Jak to jest na dyskotekach
Jaweda poznałem w parku, niedaleko irańskiego konsulatu, gdzie po dziesięciu dniach od złożenia wniosku, usłyszałem, że wydanie wizy jeszcze chwilę potrwa. Może dwa, może trzy dni. Jak Allah pozwoli.
Jawed studiuje angielski i informatykę. Z szerokim i szczerym uśmiechem, jakim na każdym kroku obdarza się tu obcych przybyszów, spytał jak się miewam. Standardowa rozmowa, standardowe pytania – co tu robisz, po co przyjechałeś do Afganistanu, co myślisz o jego mieszkańcach. On z kolei opowiada o planach na przyszłość. Są takie jak u większość młodych Afgańczyków, których stać na naukę. Chcą zdać egzaminy, wyjechać za granicę na dalsze studia i kiedyś wrócić do kraju.

Wesołe miasteczko na obrzeżach Heratu. (Fot. Grzegorz Król)
Chciałby też poznać dziewczynę, tak normalnie, umówić się z nią, zaprosić na lody, zabrać do kina, które może kiedyś uda się otworzyć na nowo. W domu, do którego w końcu zaciągnął mnie na obiad długo opowiadał o swojej miłości – rok młodszej, opatulonej w chustę dziewczynie, która jechała z nami busem na przedmieścia.
- Pogadaj z nią, wymieńcie numery telefonów – zaproponowałem niepewnie.
- No co ty, jej bracia szybko by mnie znaleźli i pewnie nieźle bym oberwał – powiedział. – U nas to wszystko jest bardziej skomplikowane. Najpierw do jej rodziny muszę wysłać swoich rodziców, żeby przedstawili moje zamiary i spróbowali umówić nas na spotkanie. Skomplikowana historia, opowiedz lepiej, jak to jest w Polsce na dyskotekach.
Później rozmawiamy o Ismaelu Chanie, słynnym komendantcie mudżahedinów, który w prowincji Herat bił się z radzieckim najeźdźcą, a teraz jest ministrem i przeniósł się do Kabulu. W końcu zapytałem co Afgańczycy myślą o stacjonujących w ich kraju wojskach sprzymierzonej z Ameryką koalicji.
- To nie jest dobre. My Afgańczycy, nigdy nie lubiliśmy jak rządy nad naszym krajem próbowali przejąć obcy.
- Bez nich nie wygracie walki z talibami – mówię, a w zasadzie pytam, bo jakoś głupio wyrażać tego typu opinie w obcym kraju.
- Z nimi nie wygramy tej wojny tym bardziej – odpowiedział, a po chwili milczenia dodał: – Uwierz mi, my tylko chcemy wreszcie pokoju, jak każdy inny kraj na tym świecie.
Po południu, jedną z bocznych uliczek miasta, szybko przemierzają trzy transportery opancerzone. Z każdego wystaje uzbrojony po zęby żołnierz z karabinem maszynowym. Potężne kaski nasunięte na czoła, ciemne okulary i arafatki zasłaniające pół twarzy. Wyglądają niezwykle groźnie, jak roboty szkolone do zabijania. Podobne wrażenie musieli sprawiać rosyjscy żołnierze, którzy w ubiegłym stuleciu przez 10 lat okupowali Afganistan.
Pierwszą część opowieści z Afganistanu znajdziecie tutaj: Herat – miasto cmentarzy i latawców







27 Trip, czyli w dwa miesiące dookoła świata
AFRYKA NOWAKA - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka
Jedwabnym Szlakiem - rowerowa wyprawa Ani i Robba
LosWiaheros - w kilka lat dookoła świata - podróż Alicji Rapsiewicz i Andrzeja Budnika
Moje Grand Tour - samotna włóczęga z plecakiem po Ameryce Łacińskiej Kuby Fedorowicza
Filmowa wyprawa do Peru. Cel: dokument o Kolei Transandyjskiej, będącej dziełem Polaka - Ernesta Malinowskiego. 


Dodaj komentarz