– Wyprawa wymagała specjalnych przygotowań ze względu na dziecko, była dokumentowana na blogu… to pochłania czas i energię. Czy wakacje nie zamieniły Wam się w inną formę pracy?

– Nie, absolutnie. Liczyliśmy trochę na początku, że dodatkowo popracujemy: popiszemy, zaproponujemy materiały podróżniczym magazynom. Ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy zbyt głodni wszystkiego – miejsc, rozmów, ludzi – żeby „tracić czas” na tego typu prace. Dziecko oczywiście pochłania czas, ale daje także inną perspektywę. Razem z nią odkrywaliśmy żaby, krowy czy wilki, na które pewnie sami nie zwrócilibyśmy uwagi.

Blog też zjadał sporo czasu. Tworzyliśmy go głownie nocami, bo Hania, gdy nie spała, nie dawała nam szans na prace na komputerze: swoimi małymi paznokciami wyjmowała przyciski. To jednak była dla nas przyjemność łącząca nasze pasje: Ani – pisanie, Toma –zdjęcia. No i jakiś sposób układania sobie w głowie tego, co się wydarzyło. Pisaliśmy też każdego dnia dziennik, bo przecież historii i wspomnień jest dużo więcej niż te z bloga.

Historii i wspomnień jest dużo więcej niż te z bloga.

Historii i wspomnień jest dużo więcej niż te z bloga. (Fot. Thomas Alboth)

– Często blokadą dla młodych rodziców, by zabrać małe dziecko z sobą, jest opór ze strony dziadków. Jak było u Was? Jak wyglądała pierwsza reakcja rodziny, jakie były argumenty, które przekonały, że warto? A utrzymanie kontaktu w podróży?

– No pewnie, że trochę się bali. Czytali o krajach, przez które mieliśmy jechać, mówili, że tu niebezpiecznie, tam może być ciężko. Ale też wiedzieli, że tak czy inaczej pojedziemy. Prowadzenie bloga i wrzucanie aktualnych zdjęć Hani oraz rozmowy na Skypie trochę ich ratowały. Mieli poczucie, że na bieżąco widzą, co się dzieje, jak wnuczka się zmienia. A zmieniała się bardzo, bo to taki okres w rozwoju dziecka. Przez rozmowy na Skypie zaczęła w którymś momencie nazywać laptop „baba”, bo to z babcią najczęściej rozmawialiśmy. Podczas tego pół roku spotkaliśmy się na parę dni z jednymi dziadkami w Bułgarii i drugim dziadkiem w Armenii. A dla pradziadka zamawialiśmy zdjęcia przez Internet i dostawał je w kopercie do skrzynki pocztowej.

– Wspominacie na blogu, że jadąc znów w taką podróż, inaczej byście się przygotowali od strony zaopatrzenia. Które z zabranych rzeczy okazały się kompletnie zbędne, a bez czego nie wyobrażacie sobie takiej wyprawy?

Na pewno wzięliśmy za dużo ubrań i książek. Niepotrzebne też okazało się jedno z siedzeń w samochodzie: zabierało miejsce, a współpasażerowie – przyjaciele czy autostopowicze mogli siedzieć przecież na materacu. Mogliśmy też nie brać składanej spacerówki dla Hani, przenośnej lodówki i kuchenki na spirytus. Już na Ukrainie okazało się, że we wszystkich kolejnych krajach spirytus można kupić tylko w aptece i tylko 100 ml, a więcej na receptę. Nam było potrzebne 5 l. Mieliśmy też ze sobą czeki podróżne American Express (na wypadek utraty gotówki czy karty kredytowej), ale tylko przysparzały kłopotów.

Dziecko to nie dodatkowa przeszkoda. To kolejna radość.

Dziecko to nie dodatkowa przeszkoda. To kolejna radość. (Fot. Thomas Alboth)

A co było istotne? Spanie w samochodzie, który można zamknąć! Mieliśmy też namiot, ale poczucie bezpieczeństwa jest jednak zupełnie inne. Bardzo przydatna była mocna taśma klejąca, różniaste linki. Z rzeczy oczywistych: sprzęt (aparat, laptop, dysk) i mapy. Z dziecięcych: nosidło (dostaliśmy od Sklepu Turystycznego Horyzont taki plecak do noszenia Hani) i miś. A z luksusowych: nasze domowe poduszki i kołdra 2×2 m. Może brzmi śmiesznie, jednak pół roku w śpiworach byłoby nie do wytrzymania.

– Spędziliście prawie pół roku w podróży. Dla Hani to połowa życia. Jak wyglądał powrót do codzienności? Dla Was to koniec wakacji, a dla dziecka – kolejna przygoda czy nudny, codziennie ten sam świat?

– W tej kwestii też mieliśmy podobne obawy. Natomiast w praniu okazało się, że myśleliśmy o tym chyba za bardzo z naszej perspektywy. Gdy wyjeżdżaliśmy Hania ledwo siedziała, więc teraz całe mieszkanie, ze wszystkimi zakamarkami, sprzętami i współlokatorami to dla niej wielka frajda. Pralka czy wanna mogą być równie fascynujące jak spotkania z krowami czy kąpiele w strumykach. A poza tym, właśnie teraz, trochę na fali nowości, Hania zaczyna pierwsze dni w przedszkolu. Ma przewagę nad innymi: nie boi się nowych ludzi, łatwo wchodzi w kontakty, jest superodporna na bakterie i wirusy (a przez całą podróż nie miała nawet kataru!). To raczej my wróciliśmy (albo wciąż wracamy) do tej dziwnej rzeczywistości, w której nie możemy być całymi dniami razem, krajobraz za oknem się nie zmienia, trzeba zrobić to czy tamto.

– Na koniec: podzielcie się trochę tym jak wyprawa wyglądała „od kulis”. Ile trwały przygotowania? Wiem, że dzięki zapomodze, jaką dostają rodzice w Niemczech udało Wam się pokryć część kosztów wyjazdu, ale dziecko i w domu, i w drodze ma duże potrzeby. Ile kosztuje taka wyprawa? Jak oceniacie wykonalność takiej wyprawy dla zwykłej rodziny? Co doradzacie, poza wiarą w siebie?

– Mieliśmy wielki plan, jak będziemy się szykować, ale w związku z tym, że Thomas do ostatniego dnia pracował – tak naprawdę zakupy i pakowanie odbyły się w jeden weekend. Najważniejszą rzeczą było rozplanowanie zagospodarowania samochodu, żeby był naszym domem przez tak długi okres czasu. Poza tym zakup map i książek, zebranie do notesu kontaktów do wszystkich znajomych na trasie i adresów ambasad, szczepienia, ubezpieczenie oraz wynajem naszego mieszkania (na czas wyjazdu mieliśmy lokatora).

Kosztów nie policzyliśmy dokładnie, ale na pewno nie wydaliśmy więcej niż w codziennym życiu. Odpadły największe koszta – za mieszkanie. Jedlibyśmy i w domu, w dodatku dużo drożej niż w ukraińskich czy ormiańskich wioskach. Pewnie przejechaliśmy więcej niż normalnie, choć staraliśmy się nie przekraczać 2 godzin dziennie, ale benzyna w tamtych rejonach jest nawet i dwukrotnie tańsza. Oczywiste koszty to wizy (do Rosji, Azerbejdżanu i Armenii), opłaty za wjazd samochodem do poszczególnych krajów, bilety do zamków, parków narodowych itd.

Na pół roku samochód stał się domem. (Fot. Thomas Alboth)

Przez te pół roku nie pracowaliśmy, ale niemiecki system (mieszkamy teraz w Berlinie) jest taki, że przez pierwszych 14 miesięcy życia dziecka, jeśli rodzic nie pracuje, to otrzymuje 65% swojej pensji. To wystarczyło. Trochę się łudziliśmy na początku, że będziemy pisać i może sprzedawać zdjęcia po drodze, ale szybko zrezygnowaliśmy. Szkoda nam było każdej sekundy rozmowy z ludźmi czy jeszcze jakiegoś widoku wodospadu. Po powrocie udało nam się sprzedać jakieś materiały, ale to zupełnym przypadkiem.

A co do wykonalności takiej podróży przez zwykła rodzinę: trochę zależy od tego na ile gotowa jest zrezygnować z luksusów. Czy byłaby w stanie czasem kąpać się w strumyku, gotować na kuchence gazowej, spać u przyjaciół? Jeśli doszłyby koszty wynajmowania pokoi w hotelach, jadanie w restauracjach, pralnie i nie wiem co jeszcze – to na pewno mało kogo na to stać. To, co możemy doradzić, to ustalenie priorytetów: czy bardziej zależy ci na całonocnej rozmowie w czeczeńskiej wiosce czy na wannie z gorącą wodą?

Jagoda Pietrzak

Lubi ciekawe historie i zmieniający się krajobraz. Od pewnego czasu próbuje wrócić z Bliskiego Wschodu. Robi mapy i Peron4.