Fotografowanie Islandii nie było łatwe. Wiatr utrudniał umocowanie aparatu. Limit czasu – czyli w praktyce limit jedzenia – nie pozwalał mi się zatrzymać, ustawić, pomyśleć jak. Przy tym deszcz. Zimno, ryzyko utopienia sprzętu, wdzierający się wszędzie, również do obiektywów i na matrycę, piach…
Jadąc od zachodu przejeżdża się cienką wstążką w miarę płaskiej przestrzeni, po lewej mając Morze Karaibskie, po prawej odległe o zaledwie kilkadziesiąt kilometrów śnieżne szczyty Sierra Nevada Santa Marta. Leje. Potem nagle przestaje: na drodze wyraźnie widać linię demarkacyjną między deszczem i suszą.
Pokonując dystans tysiąca kilometrów mogę dojechać do okolic Dortmundu, Wenecji, a także do Tyraspolu. No właśnie, czy to jest tak oczywiste? Istnienia Niemiec i Włoch nikt nie odważy się zakwestionować. Jadąc do stolicy Naddniestrza nie mamy już takiej pewności.